
Współpraca z naszymi wyzwolicielami miała pierwszeństwo przed wszelką inną działalnością ludzką. Nakazem dnia stało się hasło rzucone przez jednego z przedstawicieli rządu, profesora w Harvardzie, podczas ognistej debaty na temat „Miejsce człowieka w nieco przecywilizowanym wszechświecie”.
— Zapomnijmy o naszym egoizmie indywidualnym czy dumie zbiorowej! — wykrzykiwał profesor. — Podporządkujmy wszystko celowi, którym jest zachowanie wolności układu słonecznego w ogóle, a Ziemi w szczególności!
Choć może nie bardzo pomysłowe, hasło to powtarzano wszędzie. Jednakże trudno było czasem odgadnąć, czego właściwie życzyli sobie Dendiowie. Częściowo ze względu na ograniczoną liczbę tłumaczy, przydzielonych głowom poszczególnych suwerennych państw, a częściowo dlatego, że wódz Dendiów miał zwyczaj znikać w swym statku po wydaniu dwuznacznych i niejasnych rozkazów, jak na przykład: „Ewakuować Waszyngton!”
W tym ostatnim wypadku zarówno sekretarz stanu, jak i prezydent USA pocili się strasznie przez pięć godzin pewnego lipcowego dnia, przybrani w cylindry, sztywne kołnierzyki i ciemne stroje dyplomatyczne, jakie barbarzyński obyczaj przeszłości nakazywał przywdziewać dostojnikom, gdy mieli do czynienia z przedstawicielami innego narodu. Czekali i męczyli się pod olbrzymim statkiem, dokąd nigdy nie zaproszono żadnego człowieka mimo bezustannych tęsknych napominań konstruktorów samolotowych i profesorów wyższych uczelni. Czekali, cierpliwi i spoceni, na ukazanie się wodza Dendiów, by im wyjaśnił, czy ma na myśli stan Waszyngton, czy stolicę Waszyngton.
Opowieść nasza w tym miejscu przekształca się w dzieje chwały.
