
– Co to, to nie! Przejrzałem twoją grę. Jeden z nas musi się ożenić, by zapewnić ciągłość rodu Martellich. Wyznaczyłeś mi rolę kozła ofiarnego. Idź do diabła. Jesteś starszy, więc poświęć się sam.
– Nic z tego. Nie wytrzymałbym.
– A ode mnie wymagasz, żebym zrezygnował z miłego życia w ramionach tych wszystkich kobiet – obruszył się Lorenzo.
– Wierność mnie nie pociąga – przyznał Renato.
– A dlaczego Bernardo nie może spełnić rodzinnego obowiązku? Jest przecież naszym bratem.
– Tylko przyrodnim. Ma w sobie krew naszego ojca, ale z powodu okoliczności w jakich został poczęty, nie może nosić jego nazwiska. No i nie jest synem mammy, więc nie dałby jej tak wyczekiwanego wnuka.
– Tak, ale…
– Cicho, ona wraca. Nie bądź głupi, tylko żeń się z nią, skoro cię chce.
Gdy się przybliżyła, wstali, a Lorenzo pocałował ją w rękę. Przyjęła to z uśmiechem, lecz zachowała czujność.
Kiedy jedli danie główne, do ich stolika przysiadało się wielu gości, którzy ku zaniepokojeniu Heather przyglądali się jej ciekawie. Czuła się jak człowiek, którego podczas przechadzki brzegiem morza porywa nagłe przypływ. Działo się coś dziwnego, czego nie rozumiała.
Wreszcie ostatni goście poszli już sobie, dzięki czemu mogła w spokoju delektować się czekoladowym deserem.
– Lorenzo – odezwał się nieoczekiwanie Renato – tam jest Felipe di Stefano. Powinieneś z nim porozmawiać.
– Myślę, że skorzystasz z okazji, by powiedzieć, co o mnie myślisz – rzekł Renato, gdy Lorenzo się oddalił.
– Zajęłoby mi to resztę wieczoru.
– No, to do dzieła! – roześmiał się.
– Od czego by tu zacząć? Najpierw bezczelnie o mnie wypytywałeś u moich pracodawców, a później ten popołudniowy występ. Charles Smith pewnie nigdy nie istniał, co?
