
– Z wyjątkiem tego, że decyduję o małżeństwie Lorenza, a już zwłaszcza o tym, kogo przyjmiemy do rodziny…
– Zatem odetchnie pan z ulgą, wiedząc, że to nie ja. – Wyprostowała się w krześle i zmierzyła go wściekłym wzrokiem. – Postawmy sprawę jasno. Mam nadzieję, że Lorenzo nie zamierza mi się oświadczyć, bo przez wzgląd na pana powiem mu „nie".
– Heather! – usłyszała za sobą oburzony głos Lorenza, który właśnie wrócił.
Zerwała się na nogi.
– Przykro mi, Lorenzo, to już koniec. Nasz uroczy romans należy włożyć między bajki, bo nadciągnęła rzeczywistość w postaci twojego brata.
– Nie odchodź. – Wziął ją za ręce. – Kocham cię.
– I ja ciebie, ale mówię: żegnaj.
– Wszystko przez niego? Czemu?
– Sam go spytaj. Ciekawe, czy ci powie.
Wyrwała się i odeszła. Lorenzo chciał ruszyć za nią, lecz Renato poskromił go wzrokiem.
– Zostaw to mnie – warknął.
Dysząca furią Heather była już blisko wyjścia, gdy Renato ją dopędził.
– Nie bądź śmieszna – powiedział, chwytając ją za rękę.
– Wcale nie jestem śmieszna – odparła, wyrywając się. -Śmieszne jest to, że usiłujesz przestawiać ludzi jak pionki na szachownicy.
– Jak dotąd szło mi bez trudu – zakpił.
– Pewnie dlatego, że nie spotkaliśmy się wcześniej.
– W rzeczy samej nie miałem…
– Była to krótka i niezbyt przyjemna znajomość, która właśnie się skończyła. – Gwałtownie się odwróciła i wybiegła na ulicę. Noc na Piccadilly dźwięczała klaksonami i jaśniała światłami aut.
Renato znów złapał ją za rękę.
– Heather, wróć do środka i porozmawiajmy spokojnie.
– Nie jestem spokojna. Najchętniej rozbiłabym ci coś na głowie.
– Mścisz się na Lorenzo, bo jesteś na mnie zła, a to nie fair.
– Nie fair jest to, że ma takiego brata. On sobie nie wybierał rodziny, ale ja jestem w innej sytuacji.
– W porządku, obrażaj mnie, ile zechcesz.
