
– Po tym, jak mnie potraktowałeś, nie potrzebuję zachęty!
– Ale nie obrażaj Lorenza.
– Tylko unieszczęśliwiamy się nawzajem. A teraz bądź łaskaw mnie puścić, albo zawołam policję.
Pobiegła na drugą stronę ulicy, bo dostrzegła nadjeżdżającą taksówkę. Była zbyt wzburzona, by zachować ostrożność. Zdawało się jej, że przez hałas uliczny słyszy głos wołającego ją Renata. Nie widziała zbliżającego się samochodu, gdy nagle oślepiły ją światła reflektorów. Jak spod ziemi wyrósł Renato, który odepchnął ją na bok. Ktoś krzyczał, rozległ się ogłuszający pisk hamulców. W następnej chwili leżała na jezdni.
Była przerażona, ale szczęśliwie nie odniosła poważniejszych obrażeń. Wokół natychmiast zebrał się tłum gapiów, przez który przedarł się Lorenzo.
– Mój Boże! Heather!
W jego głosie słychać było narastające przerażenie, nie patrzył jednak na nią, tylko na swego brata. Renato leżał na jedni, brocząc krwią z rany na ramieniu. Nagle Heather zrozumiała, co tak przeraziło Lorenza. Renato musiał mieć przeciętą arterię. Krew lała się strumieniem i żeby go uratować, należało działać błyskawicznie.
– Dawaj krawat! – krzyknęła do Lorenza. – Szybko!
Zaczął go ściągać, a Heather gorączkowo szukała pióra w torebce. Sprawnie owinęła krawatem rękę Renata, powyżej rany zawiązała węzeł, wsunęła pod spód pióro i przekręciła je. Renato utkwił w niej wzrok, lecz ona nie zwracała na to uwagi, tylko obracała piórem, aż wreszcie – dzięki Bogu – tętnica została zamknięta i krwawienie ustało.
– Lorenzo – jęknęła.
– Daj – odparł. – Ja się tym zajmę.
– Dzięki, czuję się nieco… – odparła nieobecnym głosem.
– Nie martw się, nie zemdlejesz – mruknął Renato.
– Nie?
– Takie jak ty nie mdleją. Działają, wydają rozkazy, lecz nigdy nie okazują słabości.
Głos miał cichy, lecz słyszała każde słowo.
– Proszę zrobić przejście.
Wreszcie pojawiła się karetka, a sanitariusze przepchnęli się przez tłum. Policjant rozmawiał z kierowcą, który załamując ręce, dowodził swej niewinności. Heather wzięła się w garść. Wciąż miała coś do zrobienia.
