
– Powiem ci potem – szepnęła Angie. Goście zaczęli się rozchodzić.
– Chodź – szepnął Lorenzo, wyciągając Heather z jadalni. Prowadził ją w górę po schodach i długim korytarzem, aż dotarli do dwuskrzydłowych dębowych drzwi. Za nimi krył się przestronny wielki pokój, obwieszony gobelinami.
– To była sypialnia wujka, lecz teraz… podejdź tu.
Objął ją, a podczas pocałunku zapomniała o wszystkim. Było jej tak dobrze. Wreszcie znalazła się w domu.
– Przepraszam – odezwał się ktoś z tyłu. Odskoczyli od siebie i w progu ujrzeli uśmiechniętego Renata. – Wybaczcie, jeśli przeszkodziłem. Jak ci się podoba wasz apartament?
– Co takiego?
– Te pokoje tworzą odrębną całość – wyjaśnił Lorenzo. – Będą w sam raz dla nas.
– To nie będziemy mieli własnego domu? – zdumiała się Heather.
– To będzie nasz dom.
– Nie zamierzam mieszkać razem z twoim bratem.
– Kiepska sprawa – przyznał Renato.
– To nic osobistego… – zaczęła.
– Chyba raczej tak – odparł, spoglądając jej w oczy.
– Jeśli tu zostaniemy, Lorenzo będzie, jak przedtem, na każde twoje skinienie.
– A czy starczy ci czasu na znalezienie domu przed ślubem? – spytał rzeczowo Renato. – Oczywiście Lorenzo mógł już coś wybrać, ale chyba wolałabyś to zrobić sama. Skąd ta zła opinia o mnie?
– Przeczucie.
– Błędne – uśmiechnął się bezwstydnie.
– Nic podobnego. – Też się uśmiechnęła. Cóż za czarujący diabeł.
– Domu poszukasz później – rzekł Renato. – To musi wam chwilowo wystarczyć.
Jego słowa brzmiały na pozór rozsądnie, lecz poczuła niepokój. Renato lubił rządzić innymi, często wykorzystując w tym celu tak zwane mądre rady. Z jego wzroku wyczytała, że odgadł, o czym myśli.
– Ale tylko tymczasowo – nie ustępowała. – Jak tylko wrócimy z podróży poślubnej…
– Przedtem Lorenzo jedzie służbowo do Nowego Jorku.
– Zaraz… – zaczęła, szykując się do walki.
– Zakładam, że chciałabyś mu towarzyszyć.
