
A kiedy ten świat zacząłby się powiększać, miała już upatrzone miejsce na pokój dziecięcy. Znajdował się na tyłach domu, a jego okna wychodziły na bajecznie ukwiecony ogród. Stała przez chwilę przy oknie, w wyobraźni malując ściany w pastelowe barwy, potem zbiegła na dół, obejrzeć okolicę.
Powietrze było przesycone wonią róż, wysokie drzewa ocieniały ścieżkę, ptaki cudownie śpiewały. Zawsze skądś dochodził plusk wody którejś z małych fontann.
W pewnej chwili Heather doszła do małej altanki, niemal całkowicie oddzielonej od reszty ogrodu. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, widać było czerwone, białe i żółte, zwykłe i pnące, duże i miniaturowe róże, a w centralnym miejscu najpiękniejsze – pąsowe, jawiące się niczym płomienne wyznanie miłości.
– Byłam pewna, że tu trafisz – odezwała się Baptista.
Heather odwróciła się i ujrzała wspartą na lasce starszą panią.
– Zobaczyłam cię przez okno i zapragnęłam osobiście pokazać ci to miejsce.
– Czy to tu…?
– Tak, Fede dla mnie zaczął tworzyć ten różany ogród. W ten sposób mógł wyrazić to, czego nie ośmielił się powiedzieć słowami.
Usiadły na małej, drewnianej ławeczce.
– Przez te wszystkie lata opiekowałam się nim z miłością. Chroniłam kwiaty, przenosząc je na zimę do szklarni lub do domu. Niektóre z nich posadził jeszcze Fede, inne są ze szczepek, które brałam z Residenzy i sadziłam je tu, w moim ogrodzie. Właśnie w tym miejscu powiedział mi, że poza mną nie będzie dla niego istniała żadna inna kobieta.
Zatrzymała wzrok na pąsowych różach.
– Sadzilis'my je razem i nigdy nie pozwolę im zwiędnąć – rzekła cicho. – Gdyby teraz wrócił, ujrzałby dowód mojej miłości.
– Będę kochała je dla ciebie – szepnęła Heather.
– Wiem o tym. Obiecaj mi, że kiedy będą mnie chować, a moją trumnę pokryje stos kwiatów, o które nie dbam, wśród tych oznak ludzkiego szacunku znajdzie się jedna różyczka z tego klombu.
