V

Dochodziło wpół do dziewiątej; Dalgliesh i jego ciotka, już po kolacji, siedzieli w przyjaznym milczeniu po obu stronach kominka w bawialni. Pokój, zajmujący prawie cały parter Pentlands, miał kamienne ściany i niski sufit, wsparty na ogromnych dębowych belkach, oraz podłogę z czerwonych bazaltowych płytek. Przed kominkiem, na którym płonął żwawy, strzelający iskrami ogień, suszyła się sterta zebranego na plaży drewna. Zapach dymu snuł się po domu jak kadzidło, powietrze drżało od nieustającego huku morza. Ogarnięty uspokajającym, miarowym rytmem Dalgliesh z trudem powstrzymywał się od zaśnięcia. W sztuce czy w przyrodzie, zawsze podobały mu się kontrasty, a w Pentlands, gdy zapadła noc, mógł się nimi cieszyć do woli. Wnętrze domku, ciepłe i jasne, pełne było kolorów i wygód cywilizacji; na zewnątrz, pod niskim niebem, leżały ciemność, samotność i tajemnica. Wyobraził sobie brzeg trzydzieści metrów poniżej i morze rozpościerające koronki piany na twardej, zimnej plaży oraz cichy rezerwat ptaków na południu, gdzie trzciny ledwie poruszały się w stojącej wodzie.

Wyciągając nogi do ognia i moszcząc się wygodniej w fotelu, spojrzał na siedzącą naprzeciwko ciotkę. Jak zwykle wyprostowana, wyglądała jednak na całkowicie rozluźnioną. Robiła na drutach jaskrawe, czerwone skarpetki; Dalgliesh miał nadzieję, że nie są przeznaczone dla niego. Było to zresztą mało prawdopodobne; ciotka nie miała skłonności do takich demonstracji uczucia. Ogień rzucał cienie na jej długą twarz, brązową i rzeźbioną jak u Azteka, na okryte powiekami oczy i długi nos nad ruchliwymi, szerokimi ustami.



12 из 210