
– Dobry wieczór, panno Dalgliesh – zawołał Bryce. – Dobry wieczór, Adam. Ten najazd to nie moja wina, to był pomysł Celii. Moi drodzy, przyszliśmy po zawodową poradę. To znaczy, wszyscy oprócz Olivera. Spotkaliśmy go po drodze. On chciał tylko pożyczyć trochę kawy, przynajmniej tak mówi.
– Zapomniałem kupić kawę, gdy wyjeżdżałem wczoraj z miasta – odparł spokojnie Latham. – Postanowiłem więc zwrócić się do jedynej sąsiadki, która zaopatrzyłaby mnie w przyzwoity gatunek, nie robiąc mi przy okazji wykładu na temat prowadzenia domu. Gdybym wiedział, że urządzacie przyjęcie, poczekałbym do jutra – mówił, najwyraźniej jednak nie zamierzając odejść.
Weszli do środka, mrugając w świetle i wpuszczając ze sobą zimny powiew, który uniósł na pokój kłąb białego dymu. Celia Calthrop od razu podeszła do fotela Dalgliesha i udrapowała się w nim, gotowa do przyjęcia wieczornych hołdów. Jej zgrabne nogi i stopy, ukazywane z jak najlepszej strony, rażąco kontrastowały z ciężkim, opiętym w gorset ciałem o wydatnym biuście i zwiotczałych, pokrytych plamami ramionach.
Dalgliesh oceniał ją na około pięćdziesiąt lat, ale wyglądała znacznie starzej. Jak zawsze była mocno i umiejętnie umalowana. Maleńkie, lisie usteczka lśniły karminem; głęboko osadzone oczy o lekko opadających kącikach, nadające jej twarzy wyraz fałszywego uduchowienia, podkreślany jeszcze na fotografiach prasowych, obwiedzione zostały błękitem; rzęsy były ciężkie od tuszu. Kiedy ściągnęła szyfonową chustkę, odsłaniając ostatnie wysiłki fryzjera, między rzadkimi, cienkimi włosami wręcz nieprzyzwoicie błysnęła różowa, gładka skóra czaszki.
Dalgliesh dotychczas spotkał jej siostrzenicę dwukrotnie i teraz, podając jej rękę, stwierdził, że Cambridge w niczym jej nie zmieniło. Wciąż pozostawała tą samą ponurą dziewczyną o ciężkich rysach, którą pamiętał. Jej twarz nie była pozbawiona inteligencji i pomyślał, że mogłaby nawet być atrakcyjna, gdyby przejawiła choć iskrę ożywienia.
