
Z pokoju prysnął poprzedni spokój. Dalgliesh stwierdził w duchu, że to nadzwyczajne, ile hałasu może narobić zaledwie siedem osób. Najpierw, jak zwykle, trzeba było usadowić Sylvię Kedge pod komendę panny Calthrop, która wszakże sama nic nie robiła. Dziewczyna miała urodę niezwykłą; byłaby wręcz piękna, gdyby nie pokręcone nogi, ujęte w metalowe obejmy i prawie męskie dłonie, zniekształcone od używania kuł. Jej wąską, cygańsko śniadą twarz okalały czarne włosy, luźno opadające do ramion. Mogła to być głowa mocna i pełna charakteru; niestety, dziewczyna narzuciła sobie maskę żałościwej pokory, wyraz cierpienia znoszonego bez skarg i pretensji, niedorzeczny na tej szlachetnej twarzy; wielkie, czarne oczy umiejętnie wzbudzały współczucie. Teraz przyczyniała się jeszcze do ogólnego zamieszania twierdząc, że jest jej całkiem wygodnie – gdy najwyraźniej nie było – i oznajmiając ze słodyczą, która miała moc rozkazu, że musi mieć kule w zasięgu ręki, choć oznaczało to oparcie ich o jej kolana. W krótkim czasie udało się jej sprawić, że wszyscy obecni, jako cieszący się niezasłużenie dobrym zdrowiem, poczuli się nieswojo. Dalgliesh miał już okazję oglądać tę komedię, ale dziś wyczul, że Sylvia nie wkłada w nią serca, że jest to prawie mechaniczny rytuał; odniósł nawet wrażenie, że akurat dzisiaj dziewczyna naprawdę źle się czuje i coś ją boli. Jej oczy były matowe jak kamienie, a między nozdrzami i kącikami ust zarysowały się dwie głębokie bruzdy. Wyglądała na niewyspaną; gdy podawał jej kieliszek sherry ujrzał, że jej ręka drży. Wiedziony impulsem autentycznego współczucia oplótł tę dłoń palcami i trzymał, dopóki nie uspokoiła się na tyle, aby podnieść kieliszek do ust.
– Co się stało? – zapytał z uśmiechem. – Czy mogę w czymś pomóc?
Celia Calthrop jak zwykle sama powołała się na stanowisko rzecznika.
– Bardzo nam przykro, że zawracamy głowę tobie i Jane w wasz pierwszy wieczór razem. Ale jesteśmy bardzo zaniepokojeni, przynajmniej Sylvia i ja. Naprawdę bardzo się martwimy.
