
– Pewnie zdążył już wówczas zapomnieć, że nie sam je wymyślił – zauważył Latham z pobłażliwą pogardą.
– On nigdy niczego nie zapominał, Oliverze. Maurice miał bardzo jasny umysł i bardzo metodycznie pracował. Gdy coś mu podpowiadałam, udawał, że właściwie nie jest zainteresowany i mruczał, że spróbuje nad rym kiedyś popracować. Ale widziałam po jego oczach, że go wzięło i tylko czeka, aby wrócić do domu i umieścić to w swojej kartotece, na którejś z tych małych karteczek. Właściwie nie miałam do niego pretensji, tyle że sądziłam, że mógłby czasem podziękować mi za pomoc. Około miesiąca temu poddałam mu pewien pomysł i zakładam się, że ujrzycie go w następnej książce.
Nikt nie podjął jej oferty.
– Masz co do niego całkowitą rację, Celio – powiedział Bryce. – Coś mu się czasem szepnęło, Bóg jeden wie, dlaczego. Jak człowiekowi przyszedł do głowy nowy pomysł na morderstwo, to żal mu było go zmarnować, zwłaszcza że biedny Seton już robił pod tym względem bokami. Ale oprócz tego krwiożerczego błysku w oku nigdy żadnej oznaki wdzięczności! Tak, tak, moi drodzy. Oczywiście sami rozumiecie, że teraz już nic ode mnie nie dostanie, nie po tym, co zrobił z Arabellą.
– Och, ja właściwie nie miałam pomysłu na morderstwo, nie dokładnie – zaprzeczyła panna Calthrop. – To była tylko idea sytuacji, w sam raz na efektowny pierwszy rozdział. Cały czas powtarzałam Maurice’owi, że czytelników trzeba wciągać od samego początku. Wyobraziłam sobie dryfującą po morzu małą łódkę, a w niej ciało bez dłoni.
Zapadła cisza, tak absolutna, tak całkowita, że gdy zadźwięczał zegar, wszyscy spojrzeli nań, jakby wydzwaniał godzinę egzekucji. Dalgliesh zerknął na Lathama, który zesztywniał w swoim krześle i tak mocno ścisnął nóżkę kieliszka, iż zdawało się, że lada chwila pęknie. Trudno było odgadnąć, co kryło się pod tą bladą, nieruchomą maską. Nagle Bryce roześmiał się swym wysokim, nerwowym śmiechem i napięcie puściło; prawie dało się słyszeć ciche westchnienia ulgi.
