To była całkowicie nieuzasadniona jadowitość i Dalgliesh wyczuł zażenowane zdumienie zebranych; nikt się jednak nie odezwał. Prawie wstydził się spojrzeć na dziewczynę, która – jakby przyjmując zasłużoną reprymendę – pochyliła nisko głowę, ukrywając twarz za zasłoną czarnych włosów. W ciszy usłyszał jej chrapliwy oddech; żałował, że nie potrafi obdarzyć jej większym współczuciem. Celia Calthrop zachowała się niedopuszczalnie, ale w Sylvii Kedge było coś takiego, co wręcz prowokowało do okrucieństwa. Ciekaw był, co właściwie wywołało ten konkretny wybuch złości.

Minęła już prawie godzina od chwili, gdy inspektor Reckless przybył ze swoim sierżantem; godzina, podczas której inspektor mówił niewiele, a reszta towarzystwa – oprócz Dalgliesha i jego ciotki – bardzo dużo i nie zawsze mądrze. Reckless od razu zajął wysokie krzesło pod ścianą, na którym siedział nieruchomo jak strażnik, obserwując zebranych wzrokiem, który w świetle ognia wydawał się czujny i surowy. Pomimo panującego w pokoju gorąca, nadal miał na sobie swój brudny, gabardynowy prochowiec, za wiotki na wszystkie przyczepione doń metalowe guziki, sprzączki i klamerki. Na podołku przytrzymywał ostrożnie kapelusz oraz parę ogromnych rękawic z mankietami, jakby bojąc się, że ktoś mu je wyrwie. Wyglądał jak intruz, drobny urzędniczyna, którego ledwie się znosi i który nie zaryzykuje drinka na służbie. I taki właśnie efekt, myślał Dalgliesh, i zamierzał wywrzeć. Jak wszyscy skuteczni detektywi, posiadał umiejętność świadomego wyciszania swej osobowości do tego stopnia, że nawet jego fizyczna obecność stawała się czymś tak zwyczajnym i niewinnym jak obecność mebla. Pomagała mu w tym wydatnie jego powierzchowność; był nieduży – chyba z trudem mieścił się w regulaminowych granicach wzrostu – a jego ziemista, zmartwiona twarz była tak pospolita, jak milion innych twarzy, widywanych w sobotnie popołudnia na meczach piłki nożnej.



27 из 210