
– Ale z pewnością nie wtedy, gdy Forbes-Denby tego zabrania? – wtrącił Latham.
– Dobrze ci mówić, Oliverze, ale przecież on może się mylić.
– Leczył również Maurice’a, prawda? – zapytała panna Calthrop. – Maurice ślepo mu wierzył. Musiał bardzo uważać na serce i twierdził, że tylko Forbes-Denby utrzymuje go przy życiu.
– Ale powinien był przyjść do mnie tamtej nocy. Zadzwoniłem do niego jeszcze raz, o wpół do czwartej, ale przyszedł dopiero o szóstej, kiedy najgorsze już minęło. No cóż, to też jest jakieś alibi.
– Nie całkiem, Justin – powiedział Latham. – Nie ma dowodów, że dzwoniłeś ze swojego mieszkania.
– Oczywiście, że dzwoniłem z mieszkania! Mówiłem przecież. O mało nie umarłem. Poza tym, gdybym skłamał i w tym czasie biegał po Londynie, mordując Setona, co by się stało, gdyby Forbes-Denby naprawdę do mnie przyszedł? Już nigdy nie chciałby mnie leczyć!
– Mój drogi! – roześmiał się Latham. – Gdy Forbes-Denby mówi, że nie przyjdzie, to nie przyjdzie, i ty o tym doskonale wiesz.
Bryce zgodził się ze smutkiem; w ogóle wyjątkowo filozoficznie przyjął zniszczenie swego alibi. Dalgliesh słyszał o Forbesie-Denbym, modnym londyńskim lekarzu, który przy okazji był również lekarzem dobrym. Z pacjentami łączyła go głęboka wiara w nieomylność Forbesa-Denby’ego; plotka głosiła, że niewielu z nich odważyłoby się jeść, pić, żenić się, rodzić, wyjechać czy umrzeć bez jego wyraźnego zezwolenia.
