
Jechał teraz przez las Dunwich, wśród ciągnących się po obu stronach drogi plantacji ciemnych świerków, posadzonych przez Urząd Lasów. Wydawało mu się, że już czuje morze; niesiony wiatrem cierpki, słony zapach był mocniejszy od gorzkiej woni drzew. Poczuł lekkość w sercu, jak wracające do domu dziecko. Wkrótce ciemnozielone drzewa skończyły się jak nożem uciął, odgrodzone drutem od pastelowych pól i żywopłotów, po czym te również ustąpiły miejsca trawie i janowcom nadmorskich wrzosowisk przed Dunwich.
Gdy jadąc wzdłuż muru okalającego ruiny klasztoru franciszkanów skręcił do wioski, usłyszał głośny jazgot klaksonu. Z tyłu wypadł rozpędzony jaguar; Dalgliesh zdołał ujrzeć ciemnowłosą głowę i podniesioną w pozdrowieniu rękę, po czym samochód zniknął mu z oczu. A więc Oliver Latham, krytyk teatralny, przyjechał do domu na weekend. Dalgliesh nie sądził, aby miało to zakłócić mu pobyt, gdyż Latham nie przyjeżdżał do Suffolk dla towarzystwa. Podobnie jak jego sąsiad, Justin Bryce, uważał swój domek za schronienie od londyńskiego gwaru – i zapewne ludzi – chociaż bywał na Monksmere rzadziej niż Bryce. Dalgliesh spotkał go raz czy dwa i rozpoznał w nim niepokój oraz napięcie, których echo słyszał w samym sobie. Latham znany był z upodobania do dobrych samochodów i szybkiej jazdy, Dalgliesh wręcz podejrzewał, że sama jazda na Monksmere jest dlań źródłem wyzwolenia. Inaczej trudno było zrozumieć, po co w ogóle utrzymywał swój domek; nie zajmował się jego urządzaniem, rzadko doń przyjeżdżał, nigdy nie przywoził tu kobiet i używał go wyłącznie jako bazy dla szaleńczych samochodowych wypadów w okolicę, tak gwałtownych i nieobliczalnych, jakby coś odreagowywał.
