Za szkolnych lat pobierał nauki u nauczycieli ze szkoły stoików. Ich nauki przydały mu się teraz. Nie dopuszczał do siebie strachu ani rozpaczy, tylko dalej walczył ze wszystkich sił, choć wiedział, że może to nie wystarczyć. Klęska sama w sobie nie była godna potępienia. Zaniechanie wysiłków, by do niej nie dopuścić — z pewnością tak.

Gajusz Filipus, który widział więcej młodych, obnoszących się ze swoją ważnością oficerów, niż mógł zapamiętać, tego obserwował z coraz większym podziwem. Wynik walki nie zapowiadał się korzystnie dla Rzymian, lecz przy tak miażdżącej przewadze liczebnej Galów, trudno było spodziewać się czegoś innego.

Rogi trębaczy zagrały na trwogę. Las nie stanowił już osłony; podskakując, wyjąc, wypadli zeń Celtowie, atakując tyły Rzymian. Czując przedsmak ofiarowanego mu pucharu zagłady, Marek skierował przeciwko nim ostatnie odwody, krzycząc: — Tworzyć koło! Tworzyć koło!

Pospieszna obrona tyłów w jakiś sposób powstrzymała atak, odpierając niezgraną szarżę Celtów na czas potrzebny Rzymianom do sformowania kolistego szyku. Lecz pułapka zatrzasnęła się. Otoczeni w głębi kraju swych wrogów, legioniści mogli spodziewać się tylko jednego losu. Noc wypełniła się tryumfalnymi okrzykami Celtów, gdy otaczali pierścień Rzymian, tak jak morze otacza kolumnę z twardego, czarnego kamienia, którą wkrótce pochłonie.

Druidyczne runy błysnęły w świetle pochodni, gdy wódz Galów skoczył jak wilk na szeregi Rzymian. Wyrąbał sobie drogę przez trzy szeregi legionistów, a potem zawrócił i przebił się z powrotem do swoich ludzi.

— Mają wojownika, z którym wolałbym się nie spotkać — rzekł Gajusz Filipus, posępnie spozierając na poskręcane ciała i potrzaskany oręż, które Gal zostawił za sobą.



11 из 399