Marek wyraził swe uznanie temu, komu się należało.

— To wielki wojownik.

Bitwa przygasła, wojownicy z obu stron opierali się na dzidach lub tarczach, próbując złapać trochę tchu. Jęki rannych popłynęły w noc. Gdzieś w pobliżu zagrał świerszcz.

Marek uświadomił sobie, jak bardzo jest wyczerpany. Oddech zmienił się w zdyszany szloch, nogi miał z ołowiu, a jego pancerz był cięższy niż brzemię, które dźwigał Atlas. Wszystko go swędziło; wyschnięty, zaskorupiały pot trzeszczał, kiedy tylko się poruszył. Dawno przestał zauważać jego słony smak w ustach i pieczenie, jakie wywoływał zalewając oczy.

Rękę od tak dawna zaciskał na rękojeści miecza, że rozwarcie jej po to, by sięgnąć po manierkę, która zwisała u pasa, wymagało od niego całej siły woli. Ciepłe, cierpkie wino spiekło mu gardło, gdy przełykał.

Wzeszedł księżyc, z tarczą zmniejszającą się kilka dni po pełni i czerwoną, jak gdyby odbijały się w niej światła tego posępnego pola bitwy.

I, jakby to był jakiś sygnał, wódz Celtów ponownie ruszył ku Rzymianom. Spięli mięśnie w oczekiwaniu na jego zaciekły atak, lecz mężczyzna zatrzymał się, nie podejmując walki. Schował miecz i uniósł pustą, prawą rękę nad głowę.

— Dobrze walczyliście — zawołał do Rzymian w poprawnej łacinie. — Czy nie poddacie mi się teraz, by skończyć z tą bezsensowną rzezią? Uratujecie swoje życie, pamiętajcie.

Trybun wojenny zastanowił się rzetelnie nad poddaniem siebie i swoich ludzi. Z jakiegoś powodu był skłonny uwierzyć w dobre intencje Gala, lecz wątpił, czy barbarzyńca potrafi zapanować nad swoimi towarzyszami po tym, kiedy Rzymianie znajdą się już w ich mocy. Pamiętał aż nadto dobrze zwyczaj Galów, zgodnie z którym złodziei i rozbójników palono żywcem w wiklinowych klatkach w kształcie człowieka, i wiedział, że Rzymian, już jako jeńców, łatwo byłoby o coś takiego obwinić.

Głos legionisty komentujący propozycję wodza Galów zabrzmiał głośno w zapadłej ciszy.



12 из 399