
Luciliusz dalej był skłonny się sprzeciwiać, lecz praktyczna strona argumentu Skaurusa przekonała większość legionistów. Utraciwszy poparcie, Luciliusz poddał się. By oddzielić zniechęconego żołnierza od reszty, Marek odkomenderował go do prac związanych z przygotowaniem wizerunku; polecił mu przygotować materiał i zerwać sitowie rosnące na brzegu stawu. Nieco podbudowany w swym poczuciu ważności, Luciliusz oddalił się, by wykonać rozkazy.
— Dziękuję ci — rzekł Viridoviks.
— Nie zrobił tego dla ciebie — powiedział Gajusz Filipus. Dotychczas trzymał się na uboczu i milczał, gotów w razie potrzeby wesprzeć Marka. — Zrobił to, by utrzymać swoją władzę nad żołnierzami.
Nie było to do końca prawdą, lecz Marek postanowił nie pomniejszać autorytetu Gajusza Filipusa sprzeciwiając mu się. To, co Gal pomyśli sobie o przyczynach, dla których go uratował, nie miało znaczenia; liczył się rezultat.
Viridoviks spojrzał w dół na niskiego, krępego centuriona.
— I co chciałbyś, żeby teraz ze mną zrobił? Posiekał na mięso dla psów? Nażrą się nie tylko mną, jeśli spróbujesz to zrobić; będą miały o wiele więcej żarcia, jeśli pośle na mnie takich karzełków jak ty.
Skaurus spodziewał się, że Gajusz Filipus wpadnie w morderczą wściekłość, lecz zamiast tego centurion odrzucił głowę do tyłu i wybuchnął śmiechem.
— Dobrze powiedziane, ty wielkoludzie!
— Wielkolud, powiedziałeś? — Viridoviks zaklął po galijsku, lecz on również się uśmiechnął.
— Cóż więc? — zapytał Marek. — Czy zamierzasz dołączyć do nas, przynajmniej dopóki nie dowiemy się, ladzie jesteśmy? Bogowie świadkami, że jesteś urodzonym i wojownikiem.
— Och, co za wstyd! Rzymianin prosi o moje towarzystwo, a ja mówię — tak. Lecz te lasy są niegościnnym miejscem dla biednego, samotnego Celta, a wy — Rzymianie — jesteście ludźmi, mimo całej waszej tępoty.
Gajusz Filipus prychnął.
