
Marek skierował kolejny manipuł, by zlikwidować wyłom na lewym skrzydle. Powstrzymali nieprzyjaciół, lecz ta część szyku wciąż się wyginała. Nacierał tam wódz Celtów, walcząc jak demon. Jego miecz błysnął czerwonym światłem, gdy odrąbał rękę legioniście; kolejnym ciosem zabił mężczyznę, który stał wpatrując się z osłupieniem w bluzgający krwią kikut.
Jakiś Gal zaatakował Marka, wymachując mieczem nad głową, jakby była to proca. Kiedy trybun pochylił gwałtownie głowę, umykając przed jego dzikim cieciem, poczuł dochodzący od mężczyzny odór piwa. Okręcił się na pięcie, by odpowiedzieć ciosem, i ujrzał, jak Gajusz Filipus wyciąga swój miecz z ciała Gala.
Centurion splunął pogardliwie.
— To głupcy. Walka to zbyt poważna sprawa, by pozwolić sobie na picie. — Rozejrzał się wokół. — Ale jest ich przeklęte mnóstwo — dodał.
Skaurus mógł tylko skinąć głową. Środek szyku Rzymian nie ustępował pola, lecz oba skrzydła już się wyginały. W walce wręcz procarze na prawym skrzydle bardziej przeszkadzali niż pomagali, ponieważ osłaniający ich oszczepnicy musieli wykonać podwójne zadanie, by nie dopuścić do nich Celtów. Co gorsza, grupki Celtów wymykały się do lasu. Marek nie sądził, że uciekają. Obawiał się, że chcą zatoczyć koło i zaatakować Rzymian od tyłu.
Lekarz Gorgidas przemknął obok niego, by odciągnąć rannego legionistę z linii walki i zabandażować głęboką ciętą ranę, jaką otrzymał. Uchwyciwszy spojrzenie trybuna, powiedział: — Byłbym równie szczęśliwy bez takiej możliwości wykonywania mojego zawodu, wiesz? — W tej gorącej chwili przemówił w swej ojczystej grece.
