
Ciekawość Tancreda nie została zaspokojona, a wprost przeciwnie – jeszcze bardziej rozbudzona. Koniecznie chciał się dowiedzieć czegoś więcej o tej wystraszonej istocie.
Las okazał się głębszy, niż przypuszczał, i przez głowę przemknęła mu myśl, że może mieć trudności z odnalezieniem konia. Nie zrezygnował jednak z pościgu.
Uważa mnie z pewnością za gwałciciela, myślał na poły z rozbawieniem; na poły z urazą.
Wreszcie dziewczyna nie miała już siły biec. Z cichym jękiem osunęła się na zwiędłe liście.
Tancred podniósł ją i stwierdził, że ledwie trzyma się na nogach.
– Nie bójcie się mnie – powiedział łagodnie. – Nie chcę wam zrobić nic złego. Kim jesteście i dlaczego się ukrywacie?
Starała się zebrać siły.
– Molly – szepnęła. – Molly, panie. Jestem tylko zwykłą służącą.
– A kim są „oni”?
W jej oczach błysnął niepokój.
– Nikim, panie. To tylko… tylko tacy mężczyźni, którzy… wiecie, co robią z dziewczętami.
Tancred uśmiechnął się.
– Ja nie jestem taki. Czy wolno mi będzie odprowadzić was do domu?
– Nie mam domu, panie.
– Ale przecież powiedzieliście, że jesteście służącą?
Dziewczyna była śliczna, nigdy nie widział równie pięknej. Przerażona trzepotała rzęsami.
– Już nie. Wyrzucono mnie.
– A więc dokąd macie zamiar się udać?
– Myślałam, żeby szukać pracy w sąsiedniej parafii, panie.
Tancred wyciągnął z kieszeni monetę.
– Proszę, weźcie to, byście nie była głodna.
Wyraz jej twarzy wprawił go w zadziwienie. Oczy rzucały iskry, a nozdrza zadrgały przez moment. Wzięła jednak pieniądz i skłoniła się.
– Dziękuję, panie! Jesteście bardzo dobry.
Nie miał ochoty jej puścić.
– Molly… Jeśli mielibyście jakieś kłopoty, przyjdźcie do mnie! Mieszkam we dworze hrabiny, ale będę tu tylko przez dwa tygodnie, potem wracam na Zelandię i pewnie już się nie spotkamy. Zajmuję narożną komnatę od strony kościoła. Obiecujecie?
