
Skinęła głową.
– Obiecuję.
– Czy będę mógł… zobaczyć was jeszcze kiedyś?
Cień strachu znów ukazał się w jej oczach.
– Lepiej nie, panie. Ale dziękuję wam za życzliwość. I… – zawahała się.
– Tak?
– Nie mówcie nikomu, że mnie spotkaliście!
– Dobrze – obiecał nieco zdziwiony.
Pożegnała się i pospieszyła w las. Tancred odnalazł konia szybciej, niż się spodziewał, i wrócił do posiadłości ciotki zatopiony w myślach.
Przez resztę dnia był bardzo roztargniony. Nie mógł zapomnieć o Molly, prostej dziewczynie.
To jest jak czary, myślał. W naszym rodzie wszyscy mamy skłonności do ludzi z niższego stanu. Tak było z moją siostrą, z moim ojcem i z ojcem mojej matki, Dagiem Meidenem.
No tak, pewnie nigdy nie ujrzę tej dziewczyny.
Ale ona była taka śliczna, miała takie łagodne oczy!
Przyjemnie było trzymać ją w…
– Tancredzie! – ostry głos ciotki Ursuli wdarł się w upojne wspomnienia. – Za chwilę będą tu goście, a ty jeszcze się nie przebrałeś!
Pospiesznie przywdział swoje najlepsze szaty, strojne ubranie z zielonego jak mech aksamitu, obramowane złotymi koronkami, i białą jedwabną koszulę z koronkowym kołnierzem i szerokimi mankietami. Kiedy już był gotowy, sam przed sobą musiał przyznać, że wygląda dobrze. Wykrzywił się ironicznie do swego odbicia w lustrze, po czym zszedł na dół, by wraz z ciotką powitać gości.
Ursula mówiąc o „sąsiadach” wcale nie miała na myśli drobnych właścicieli. O, nie! Tylko mieszkańcy najwspanialszych okolicznych dworów należeli do grona ludzi, którymi się otaczała. Dlatego też gości nie przyszło zbyt wielu, ale ci, którzy się pojawili, byli starannie dobrani. Oczywiście tylko najwyżej urodzona szlachta. Hrabiowie, baronowie, potomkowie członków rady państwa, głównie tacy, których ród posiadał tytuł szlachecki przynajmniej od trzystu lat.
