
Żadnego dźwięku. Musiało gdzieś się przyczaić.
Wytężając wzrok Tancred wpatrywał się w plątaninę małych świerków, nagich krzaków, przewróconych drzew i korzeni…
Jest!
Tam jest coś brązowego o lekko czerwonawym odcieniu.
Zsunął się z konia i cicho podszedł bliżej.
Właściwie to głupota, pomyślał. I koń, i on stanowili znakomity cel. Ubrany był w purpurową kurtkę i spodnie. W rozcięciach rękawów połyskiwał jedwab złotego koloru, a koronkowy kołnierz okrywał ramiona, Na nogach miał wysokie buty z miękkiej skóry. Konia, naturalnie, usłyszeć i zobaczyć mógł każdy.
Kiedy od zwierzęcia dzieliło go już tylko kilka metrów, zerwało się nagle i wśród trzasku łamiących się gałęzi popędziło przed siebie.
Tancred, zdumiony tym, co zobaczył, przystanął. Dzięki temu uciekające przed nim stworzenie zyskało jeszcze większą przewagę.
Uciekinierem była dziewczyna, odziana w brunatny płaszcz z kapturem.
Biegła przed nim lekko, z każdą chwilą coraz bardziej zagłębiając się w las. Szanse na ucieczkę miała nikłe, gdyż po pierwsze przeszkadzała jej długa spódnica, która wplątywała się w gałęzie, po drugie Tancred był szybszy. Rzucił się na nią całym ciałem i mocno przytrzymał.
– Nie, nie! – pisnęła. – Proszę, puśćcie mnie!
Była brudna; w potarganych włosach sterczały kawałki kory i małych gałązek, miała na sobie podarte szaty. Ale buzia była śliczna. Spoglądały na niego błękitne, wystraszone oczy.
– Kim jesteście, panie? – zapytała zdziwiona. – Czy jednym z nich?
Nadal jej nie puszczał.
– Nazywam się Tancred Paladin. Przyjechałem w odwiedziny na dwór hrabiny Ursuli Horn. Nie sądzę, bym był jednym z „nich”. – Nie wspomniał nic o swym wysokim pochodzeniu, ona wydawała się taka prosta…
Dziewczyna krzyknęła i zdołała się wyrwać, głównie dlatego, że Tancred nie chciał jej trzymać zbyt mocno. Pobiegła dalej jakby gnana wiatrem, tym razem wysoko unosząc spódnicę, by poruszać się szybciej.
