Ursulę ogromnie zdziwiła niespodziewana wizyta przystojnego bratanka.

– Tancredzie! Jak wspaniale! Przyjechałeś akurat na doroczny zjazd sąsiadów. Doskonale! Jesteś taki wysoki, będziesz mógł przymocować girlandy do żyrandola. Tylko uważaj na kryształy, gdzieniegdzie nie trzymają się zbyt mocno. Tu jest drabina.

Tancred, nieco zaskoczony, począł zawieszać girlandy w towarzystwie rozchichotanych dziewek służących, które od razu przystąpiły do pracy z większą gorliwością.

– Och, jaka szkoda – wołała ciotka z dołu. – Muszę jutro wyjechać do Ribe, by uporządkować sprawy mojego świętej pamięci męża. Okazuje się, że człowiek, którego wyznaczyłam, by się tym zajął, podle mnie oszukał.

Tancred nawet przez chwilę nie wątpił, że jej mąż został świętym po tym, jak musiał wysłuchiwać jej bezustannego zrzędzenia.

– Tak, to wielka szkoda – powiedział, starając się, by w jego głosie brzmiał żal. – Szkoda, że ciocia musi wyjechać, i to w tak przykrej sprawie. Mam nadzieję, że nie straciłaś, ciociu, zbyt wiele?

– O nie, na twój spadek z pewnością jeszcze wystarczy – odparła sucho. Był to tylko żart, znała bowiem dobrze chłodny stosunek Tancreda do bogactwa. Obojętność taką często napotkać można u tych, którzy nigdy nie zaznali ubóstwa. – Ale chodzi mi o ciebie, biedny chłopcze. Na próżno przebyłeś taką długą drogę…

– Nie myśl o mnie, ciociu Ursulo! Niedawno chorowałem i wysłano mnie tu, bym wydobrzał. Sam zadbam o siebie. W domu nigdy mi się to nie udaje, zawsze ktoś mnie gdzieś goni.

– No, a jak tam? Nie zamyślasz sprawić sobie narzeczonej? – zapytała ciotka, nie zwracając uwagi na skargę w jego słowach.



6 из 174