
– Nie. Tyle osób myśli za mnie, mogę to sobie darować. Co za diabelnie uparta girlanda, nie mogę…
– Tancredzie! – zawołała ciotka falsetem. – W moim domu nie wolno przeklinać!
Popatrzył na nią zdumiony i niemal stracił równowagę.
– A ja przeklinam?
– Tak, właśnie tak! Powiedziałeś… – Ursula szeptem przeliterowała straszliwe słowo: – d-i-a-b-e-l-n-i-e.
– Czy to przekleństwo? Dla mnie to tylko diabelnie zręczne wyrażenie… Och, przepraszam, znów to powiedziałem! Spróbuję się powstrzymać, ciociu, żeby nie zbrukać tego domu nieprzyzwoitymi wyrazami. Kiedy ciocia wraca?
– Nie wiem, to może zająć trochę czasu, ale będę się spieszyć, by zdążyć przed twoim wyjazdem.
– Nie trzeba; możesz, ciociu, poświęcić na swoje sprawy tyle czasu, ile tego wymagają. Takie rzeczy należy traktować poważnie.
– Tak, ale właśnie wymieniłam całą służbę, poprzednia była już za stara. Nie wiem, czy ci nowi zadbają o ciebie w należyty sposób.
– Na pewno wszystko będzie dobrze – odparł Tancred, zerkając na pokojówki, które śmiały się z zadowoleniem.
Ursula niczego nie zauważyła.
– A jak się miewają twoi rodzice, Tancredzie? Przypuszczam, że przywiozłeś mi od nich pozdrowienia?
– Ależ tak, całkiem o tym zapomniałem, Mają się świetnie. Ojciec zajął się uprawą winorośli, choć bez większych sukcesów, a matka cały czas zmaga się ze sobą, żeby nie pobić ojca częściej niż raz w tygodniu. Pobić, oczywiście, w szachy. Matka należy do wiecznie młodych kobiet; wygląda świetnie, chociaż ma już czterdzieści siedem lat. Ojciec ma pięćdziesiąt cztery, prawda?
– Tak, tak, to mój młodszy brat, zawsze się nim zajmowałam.
Zamyśliła się. Tancred również spoważniał.
– Są tacy szczęśliwi, ciotko Ursulo. Mam nadzieję, że ja też kiedyś szczęśliwie się ożenię.
– Tak – odpowiedziała ciotka pogrążona w myślach. – Twoja matka to wyjątkowa kobieta. Zrobiła dla Alexandra więcej, niż przypuszczamy…
