
– Matka? – zdziwił się i znów omal nie spadł z drabiny: – Sądziłem, że to mama wiele zawdzięcza ojcu, który żeniąc się z nią podniósł ją do wyższego stanu. Była przecież tylko w połowie szlachcianką.
– O, ty nie wiesz… – westchnęła Ursula. – No, ale teraz pospiesz się, chłopcze. Spójrz, związałeś razem dwie girlandy zamiast przymocować je do żyrandola. Czy tak właśnie mają wisieć, dzieląc pokój na pół?
Tancred roześmiał się.
– A może któraś z dostojnych wdów będzie miała ochotę przez nie poskakać?
Po śniadaniu postanowił zrobić sobie przerwę, odpocząć od nie kończących się pytań ciotki i od przygotowań do uroczystości. Wziął ze stajni konia i pojechał rozejrzeć się po okolicy.
Zawsze podobało mu się otoczenie posiadłości ciotki Ursuli. Bukowy las nadal był jeszcze nagi, bezlistny, ale delikatne pączki zapowiadały już wiosnę. Za dworem ciągnął się wielki, ciemny las iglasty. Kiedy Tancred zagłębił się weń, usłyszał pierwszy wiosenny sygnał – głos sikorki, a potem pod końskimi kopytami zobaczył przylaszczki.
O ile wcześniej wiosna przychodzi da nas niż do Norwegii, gdzie mieszka babcia, rozmyślał chłopak. Gabriella, jego siostra bliźniaczka, tam właśnie się osiedliła. To chyba naprawdę musiała być wielka miłość, myślał. Oczywiście Norwegia jest wspaniała, ale on sam wolał łagodniejszy duński klimat.
Jechał gęstym lasem, w którym rosły drzewa i iglaste, i liściaste. Tancred był pełen radości życia, a jednocześnie młodzieńczego niepokoju. Być może nie zdąży niczego przeżyć, a już będzie za późno. Za późno, czyli gdzieś koło trzydziestki, wtedy jest się już starcem.
Nagle przystanął. Coś brunatnego szybko ukryło się w krzakach. Jakieś zwierzę? Drapieżnik?
Tancred spiął konia i ruszył w pościg. Nie miał przy sobie broni, był po prostu ciekaw, chciał przeżyć coś nowego bez względu na to, co to mogło być. Nie zamierzał wyrządzić zwierzęciu krzywdy.
Co się z nim stało? Nie mogło być daleko. Wstrzymał konia i nasłuchiwał.
