
– Proszę pani, musi pani wziąć pod uwagę pieniądze, które zniknęły wraz z księgowym. Czy wie pani, że chodzi o miliardy lirów?
– Wiem.
– Czy nie wie pani zupełnie, co on…
– Wiem, że te pieniądze inwestował. W co i gdzie, tego nie wiem.
– A czy on z panią…?
Twarz Mariastelli stanęła w ogniu.
– Co… co pan chce powiedzieć?
– Czy kontaktował się z panią w jakiś sposób po zniknięciu?
– Gdyby tak było, doniosłabym o tym wicekomisarzowi Augello, który mnie przesłuchiwał. Panu powtórzę to samo, co powiedziałam pana zastępcy: Emanuele Gargano jest człowiekiem mającym w życiu jeden tylko cel – uszczęśliwiać innych.
– Chętnie pani wierzę – odrzekł Montalbano.
I był szczery. Żywił bowiem głęboką wiarę, że księgowy Gargano uszczęśliwia obecnie drogie dziwki, barmanów, dyrektorów domów gry i sprzedawców luksusowych samochodów na którejś z odległych wysp Polinezji.
Mimi Augello wrócił z butelką wody mineralnej, kilkoma plastikowymi kubkami i z przyklejoną do ucha komórką.
– Tak jest, tak jest, już go panu daję. Podał aparacik komisarzowi.
– To do ciebie. Kwestor.
A to uciecha! Nie można było powiedzieć, że stosunki między Montalbanem a okręgowym komendantem policji – kwestorem Bonetti-Alderighim – opierają się na wzajemnym poszanowaniu i sympatii. Telefon od niego oznaczał jakąś nieprzyjemną rozmowę, na którą komisarz nie miał w tej chwili najmniejszej ochoty.
– Melduję się na rozkaz, panie kwestorze.
– Proszę natychmiast przyjechać.
– Najwyżej za godzinkę będę…
– Montalbano, jest pan Sycylijczykiem, ale chyba w szkole uczono pana włoskiego. Czy znane jest panu znaczenie słowa „natychmiast"?
– Proszę chwilę poczekać, postaram się sobie przypomnieć. Ach, tak. Znaczy „bez żadnej zwłoki". Czy dobrze mówię, panie kwestorze?
