
3
Przyjechał ponownie do kwestury, z głową owiniętą szerokim bandażem, jakby wracał właśnie z wojny wietnamskiej. Dyrektor gabinetu kwestora, niezwykłe ugrzeczniony pan Lattes, zauważył od razu – nie mógł zresztą tego uniknąć – rzucający się w oczy opatrunek.
– Co się panu stało?
– Drobny wypadek samochodowy. Nic takiego.
– Niech pan podziękuje Przenajświętszej Panience!
– Już to uczyniłem, panie dyrektorze.
– A jak rodzina, najdroższy panie komisarzu? Wszyscy zdrowi?
Dla nikogo, absolutnie dla nikogo nie było tajemnicą, że rodzice Montalbana nie żyją, a on sam nie jest żonaty i nie ma nieślubnych dzieci. Mimo to przy każdym spotkaniu Lattes zwracał się do niego z tym samym pytaniem. Komisarz z równym uporem nigdy go nie rozczarowywał.
– Wszyscy zdrowi, dzięki Przenajświętszej Panience. A u pana?
– U mnie także, dziękować niebiosom – odpowiedział Lattes, zadowolony, że Montalbano umożliwił mu zmianę formuły. I dodał: – A co pan tu, u nas, porabia?
Jak to? Kwestor nie poinformował o niczym swojego szefa gabinetu? Idzie więc o sprawę tak dalece poufną?
– Zadzwonił do mnie pan kwestor Bonetti-Alderighi. Chce się ze mną widzieć.
– Tak? – zdziwił się Lattes. – Zawiadomię zaraz pana kwestora, że pan przyszedł.
Zapukał dyskretnie do pokoju kwestora, wszedł i zamknął za sobą drzwi. Po chwili otworzyły się one znowu. Lattes pojawił się całkiem zmieniony na twarzy, już bez uśmiechu.
– Proszę wejść – powiedział.
Przechodząc obok niego, Montalbano spróbował zajrzeć mu w oczy, lecz bez skutku: szef gabinetu miał spuszczoną głowę. O, kurwa, sprawa musi być rzeczywiście poważna. Co też mógł przeskrobać? Wszedł. Lattes zamknął drzwi za jego plecami, a Montalbano odniósł wrażenie, że zatrzaskuje się nad nim wieko trumny.
