Kiedy kwestor go przyjmował, zawsze dbał o odpowiednią scenografię. Tym razem uciekł się do efektów świetlnych godnych czarno-białego filmu Fritza Langa. Żaluzje były opuszczone do samego dołu, ale pozostała w nich jedna pozioma szpara, przez którą wpadał wąski promień słońca, dzieląc pokój na dwie części. Główne źródło światła stanowiła niska lampa w kształcie grzyba, umieszczona na biurku. Oświetlała leżące na nim papiery, lecz nie twarz kwestora, pogrążoną w mroku. Wszystko wskazywało na to, że Montalbano zostanie poddany konfrontacji w stylu pośrednim między przesłuchaniami Świętej Inkwizycji z tymi, w których celowali esesmani.

Komisarz podszedł do biurka. Stały przed nim dwa krzesła, lecz z żadnego z nich nie skorzystał, gdyż kwestor mu tego nie zaproponował. Nawet się z nim nie przywitał. Komisarz ze swojej strony również nie pozdrowił Bonetti-Alderighiego, który nie przerywał lektury rozłożonych na Biurku papierów.

Minęło dobre pięć minut, zanim Montalbano – założywszy, że jeśli nie podejmie inicjatywy, kwestor każe mu tak stać w ciemności przez kilka godzin, nie tylko bez światła, ale i bez wyjaśnień – postanowił przejść do kontrataku. Włożył więc rękę do kieszeni, wyjął paczkę papierosów, wyciągnął z niej jednego, wsadził do ust i pstryknął zapalniczką. Kwestor podskoczył w fotelu, jakby ten płomyczek wydal mu się ogniem z fuzji mafiosa.

– Co pan wyprawia?! – krzyknął przerażony, odrywając oczy od papierów.

– Zapalam papierosa.

– Proszę natychmiast zgasić mi to coś! Palenie jest tutaj jak najsurowiej wzbronione!

Montalbano bez słowa zgasił zapalniczkę, ale nadal trzymał ją w ręku, podobnie jak papierosa w ustach. Osiągnął jednak swój cel, bo zagrożony gotową do użytku zapalniczką Bonetti-Alderighi przystąpił do rzeczy.

– Komisarzu, zostałem, niestety, zmuszony wetknąć nos w dokumenty dotyczące pewnej brzydko pachnącej sprawy sprzed kilku lat, kiedy nie byłem jeszcze kwestorem w Montelusie.



20 из 141