
Montalbano wolno, bardzo wolno położył rękę na biurku, wolno, bardzo wolno pochylił się do przodu, wolno, bardzo wolno wsunął głowę w krąg światła. Bonetti-Alderighi przeraził się. Oświetlona w połowie twarz komisarza przypominała do złudzenia jedną z tych afrykańskich masek, które wkładano przed złożeniem człowieka w ofierze. Z Sycylii do Afryki nie jest tak znowu daleko – przebiegło przez myśl zmrożonemu strachem kwestorowi. Montalbano wlepił w niego wzrok i bardzo powoli, bardzo cicho powiedział:
– Mówię do ciebie jak mężczyzna do mężczyzny. Daj spokój chłopcu, nie mieszaj go do tej historii. Jasne? Został zgodnie z prawem adoptowany przez siostrę Augella i jej męża. Chcesz się mścić, chcesz zatruwać ludziom życie, to bierz się do mnie, wystarczę ci. A od chłopca trzymaj się z daleka! Zgoda?
Kwestor nie odpowiedział, strach i złość odjęły mu mowę.
– Zgoda? – spytał ponownie Montalbano.
Im bardziej jego głos stawał się cichy i spokojny, im wolniej komisarz cedził słowa, tym wyraźniej Bonetti-Alderighi wyczuwał w nich z trudem hamowaną wściekłość.
– Zgoda – odpowiedział w końcu cichutko.
Montalbano wyprostował się, jego twarz zniknęła z kręgu światła.
– Czy wolno mi pana zapytać, panie kwestorze, w jaki sposób wszedł pan w posiadanie tych wszystkich informacji?
Nagła zmiana tonu jego głosu, który brzmiał teraz oficjalnie i nieco uniżenie, zaskoczyła kwestora tak bardzo, że wyznał swojemu rozmówcy to, co postanowił przed nim zataić.
– Otrzymałem list.
Montalbano pojął natychmiast.
– List anonimowy, prawda?
– No, powiedzmy, że niepodpisany.
