
– I nie wstyd panu? – powiedział komisarz, odwracając się i kierując ku drzwiom.
Za plecami usłyszał ryk kwestora:
– Montalbano, wracać!
Nie był posłusznym rozkazom psem. W złości zerwał z czoła bezużyteczny opatrunek. W korytarzu zderzył się z Lattesem, który wymamrotał:
– Zda… zda… zdaje mi się, że wzywa pana pan kwestor.
– Mnie też tak się zdaje.
W tej chwili Lattes spostrzegł, że Montalbano nie nosi już opatrunku i że ma gładkie czoło.
– Wyzdrowiał pan?
– To pan nie wie, że kwestor jest cudotwórcą?
Najzabawniejsze w całej tej sprawie – pomyślał, kiedy zaciskając kurczowo dłonie na kierownicy, jechał do Marinelli – jest to, że nie był zły na Lohengrina Perę, z pewnością autora anonimowego listu, napisanego w akcie opóźnionej zemsty, bo tylko on potrafił zrekonstruować dzieje Francois i jego matki. Nie był też zły nawet na kwestora. Był zły na samego siebie. Jak mógł całkiem zapomnieć o książeczce z pięciuset milionami lirów? Powierzył ją zaprzyjaźnionemu notariuszowi – to przypominał sobie doskonale – aby ten je przechował i wypłacił Francois, jak tylko chłopiec osiągnie pełnoletność. Przypominał też sobie – ale już niejasno – że w jakieś dziesięć dni po odwiedzinach u notariusza otrzymał od niego pocztą pokwitowanie. Nie wiedział jednak zupełnie, gdzie je wsadził. Co najgorsze, o tej książeczce w ogóle nie mówił ani swojemu zastępcy, ani jego siostrze. W tej sytuacji Mimi Augello, który zupełnie o niczym nie wiedział, mógł paść ofiarą bujnej wyobraźni Bonetti-Alderighiego – a był przecież niewinny jak nowo narodzone dziecię.
W niecałą godzinę później jego mieszkanie wyglądało jak splądrowane przez zręcznych i sumiennych złodziei. Wszystkie szuflady powyciągane z biurka, papiery rozrzucone na podłodze, zawalonej ponadto książkami pootwieranymi, przekartkowanymi, wymiętymi. W sypialni obie szafki nocne szeroko otwarte, szafa i komoda – tak samo, rzeczy powyjmowane, ciśnięte niedbale na łóżko, na krzesła.
