
Udało mu się wreszcie otrząsnąć i otworzyć drzwi. Pomknął niczym strzała, z piskiem opon, jak robią to zwykle policjanci i imbecyle. Wysiadł przed biurem notariusza Carlentiniego, wbiegł zdyszany na drugie piętro. Drzwi były zamknięte, wisiała na nich kartka z godzinami przyjęć; od zamknięcia minęła zaledwie godzina, może wewnątrz ktoś jeszcze był. Nacisnął dzwonek i na wszelki wypadek uderzył pięścią w drzwi. Uchyliły się; komisarz otworzył je szeroko z gwałtownością godną Catarelli. Jakaś panienka cofnęła się ze strachem.
– Co… o co chodzi? Proszę… proszę mnie nie skrzywdzić.
Była z pewnością przekonana, że to napad. Zbladła jak ściana.
– Przepraszam, że panią przestraszyłem – powiedział komisarz. – Nie mam najmniejszego zamiaru pani skrzywdzić. Nazywam się Montalbano.
– Ale jestem głupia! – zawołała panienka. – Teraz sobie przypominam, widziałam pana w telewizji. Proszę wejść.
– Jest notariusz? – spytał komisarz, wchodząc.
Na twarzy panienki pojawił się wyraz okolicznościowej powagi.
– To pan nic nie wie?
– Czego nie wiem? – powiedział Montalbano.
Jego niepokój wzrósł.
– Biedny pan notariusz…
– Umarł?! – zawył Montalbano, jakby mu powiedziała o zgonie istoty, którą kochał najbardziej w świecie.
