
Powiedziano mu nawet, jak się nazywa: „U Giugiu Woźnicy". Zmylił drogę cztery razy i miał już zawrócić, aby udać się znowu do swego ulubionego „San Calogero", bo wraz z upływem czasu rósł w nim wilczy apetyt. Wtedy w świetle reflektorów zobaczył nagle nazwę lokalu, wypisaną ręcznie na przytwierdzonej do przydrożnego słupa desce. Dojechał tam w pięć minut autentyczną polną drogą, jakich właściwie już się nie spotyka, pełnej wyboi i kamieni; zaczął nawet podejrzewać, że wyreżyserował to wszystko sam Giugiu, który udaje woźnicę, a w rzeczywistości jest kierowcą wyścigowym. W związku z tym podejrzeniem nie trafił mu do przekonania także samotny domek, przed którym się znalazł: kiepsko otynkowany, bez neonów, jedno pomieszczenie na parterze, drugie na pierwszym i jedynym piętrze. Z dwóch okien na parterze sączyło się słabe światło, wywołując w patrzącym melancholijny nastrój – to bez wątpienia finałowy akcent owej sztucznej scenerii. Na placyku przed domem zaparkowano dwa samochody. Montalbano wysiadł i stanął niezdecydowany. Nie uśmiechało mu się zakończyć wieczoru zatruciem pokarmowym. Zaczął się zastanawiać, kto mu polecił tę gospodę, i wreszcie sobie przypomniał: wicekomisarz Lindt, z pochodzenia Szwajcar („Czy jest pan spokrewniony z tymi od czekolady?" – spytał go, kiedy się poznali), który jeszcze pół roku wcześniej pracował na Północy, w Bolzano.
„No tak – pomyślał teraz – ten chyba nie odróżnia kurczaka od łososia!"
W tej właśnie chwili wraz z wieczornym wietrzykiem doszedł go leciutki zapach, który sprawił, że rozwarły mu się nozdrza. Zapach jadła prawdziwego i smakowitego, zapach dań przyrządzonych jak Pan Bóg przykazał. Dłużej się nie wahał – otworzył drzwi i wszedł do środka. W salce stało osiem stolików, jeden tylko był zajęty przez parę w średnim wieku. Montalbano usiadł na pierwszym krześle z brzegu.