– Dajmy spokój. Tak, wiem, gdzie to jest. No więc?

– No więc wszedł tam taki jeden z lewolwerem. Zauważył go Fazio, bo przypadkowo przechodził tamtędy przez przypadek. Zdaje się, że ten gość chce strzelać jak wariat. Mówi tak: niech Gragnano odda pieniądze, co mu ukradł, bo jak nie, to zabije babę.

Montalbano rzucił sweter na podłogę, kopnął go pod siół, otworzył drzwi wejściowe. Zanim dobiegł do samochodu, lodowaty wiatr zdążył go zmrozić.

Księgowy Emanuele Gargano, wysoki, elegancki, zawsze doskonale opalony czterdziestolatek, był tak przystojny, że wydawał się bohaterem z amerykańskich filmów. Należał do tej kategorii krótko żyjących ludzi interesu, którą określa się mianem „wschodzący menedżerowie"; krótko żyjących, bo mając około pięćdziesiątki, są już tak zużyci, że trzeba ich złomować – aby posłużyć się ulubionym w tej sferze czasownikiem. Księgowy Gargano urodził się – jak powiadał – na Sycylii, ale pracował długo w Mediolanie, gdzie bardzo szybko – jak mówił – dał się poznać jako czarodziej w dziedzinie finansów. Kiedy zdobył już dostateczną sławę, postanowił przenieść się do Bolonii, tam zaś – jak powiadał znowu – wzbogacił i uszczęśliwił wiele dziesiątków ciułaczy. Przybył do Vigaty nieco ponad dwa lata temu, aby zadbać – jak mówił – o „gospodarcze przebudzenie naszej ukochanej i nieszczęśliwej krainy". W przeciągu kilku dni otworzył agencje w czterech dużych miejscowościach prowincji Montelusa. Nie brakowało mu z pewnością elokwencji oraz umiejętności przekonywania wszystkich, z którymi rozmawiał, nie tracąc nigdy budzącego zaufanie, szerokiego, jakby wyciśniętego na twarzy uśmiechu. Po tygodniu jeżdżenia od miasteczka do miasteczka luksusowym, wspaniałym, lśniącym samochodem – przynętą dla naiwnych – miał już setkę klientów około sześćdziesiątki, którzy powierzyli mu swoje oszczędności. Upłynęło pół roku, emeryci otrzymali zawiadomienia, zgłosili się i podjęli zysk w wysokości dwudziestu procent, co przyprawiło ich niemal o zawał.



4 из 141