Gilowi wyrwało się “Sacre…", po czym ponownie utkwił wzrok w ziemi. Przyglądałam mu się. Coś rzeczywiście nie grało. Skończyłam notować i zamknęłam notes.

– Czy w wykopie jest mokro? – Zupełnie nie miałam ochoty zakładać gumiaków i kombinezonu, jeśli nie było to konieczne.

– Nie – odparł ten z kitką i ponownie spojrzał na Gila, oczekując przytaknięcia. Gil potrząsnął głową, nie odrywając oczu od ziemi.

– No dobra – powiedziałam. – Chodźmy. – Miałam nadzieję, że wyglądałam na spokojniejszą, niż się naprawdę czułam.

Człowiek z kitką ruszył przez trawę w stronę lasku. Powoli schodziliśmy w dół parowu, a im bliżej byliśmy dna, tym więcej było krzaków i drzew. Zagłębiłam się w gęstwinie, prawą ręką chwytając większe gałęzie, które dla mnie odginał, po czym przekazywałam je Gilowi. Pomimo tego gałązki haczyły o moje włosy. Miejsce pachniało mokrą ziemią, trawą i gnijącymi liśćmi. Światło słoneczne z trudem przebijało się przez korony drzew, więc ziemia wydawała się być pokryta plamami wyglądającymi jak kawałki z układanki puzzle. Gdzieniegdzie, pochyły promień słońca znalazł jednak przesmyk i dotykał ziemi, a w jego świetle widać było unoszące się drobinki pyłu. Owady kłębiły się wokół mojej twarzy i słyszałam ich bzyczenie, a pełzające robaki oblepiały moje kostki.


Na dnie parowu mężczyzna stanął, żeby zorientować się, gdzie jest, po czym skręcił w prawo. Ruszyłam za nim, odganiając się od komarów, ręką odgarniając rośliny, przechodząc ze zmrużonymi oczyma przez chmury muszek kłębiących się przede mną. Czasami któraś leciała prosto na rogówkę. Kropelki potu gromadziły się na moich ustach i przylepiały kosmyki nie upiętych włosów do czoła i szyi. Niepotrzebnie się martwiłam moim strojem i fryzurą.

Piętnaście metrów od ciała już nie potrzebowałam przewodnika. Z zapachem wilgotnego lasu mieszał się zapach śmierci, którego nie można było z niczym pomylić. Odór rozkładającego się ciała jest jedyny w swoim rodzaju. Wisiał w ciepłym, popołudniowym powietrzu, słaby, ale wyraźny. Z każdym krokiem słodkawy, cuchnący zapach przybierał na sile, jego intensywność narastała jak brzęczenie szarańczy, aż w końcu przestał się mieszać z innymi zapachami i przyćmił wszystkie. Aromaty mchu, ziemi, iglaków i powietrza ustąpiły miejsca odorowi gnijącego ciała.



10 из 441