
Gil zatrzymał się w pewnej odległości. Sam zapach mu wystarczał. Nie potrzebował przyglądać się ciału ponownie. Trzy metry dalej zatrzymał się młodszy mężczyzna, odwrócił się i bez słowa wskazał za mały wzgórek częściowo przykryty liśćmi i szczątkami roślin. Głośno bzycząc, muchy zataczały kręgi, jak pracownicy uniwersytetu wokół darmowego szwedzkiego stołu.
Na widok tego mój żołądek się skurczył, a w głowie odezwał się głos: “Wiedziałam, że tak będzie". Z narastającym we mnie przerażeniem położyłam plecak u stóp drzewa, wyciągnęłam parę rękawiczek chirurgicznych i zaczęłam ostrożnie przedzierać się przez listowie. Zbliżywszy się do wzgórka, zauważyłam miejsce, z którego mężczyzna zgrabił roślinność. To co ujrzałam, potwierdzało moje obawy.
Z ziemi i liści wystawała klawiatura żeber, których końce zakrzywiały się ku górze tworząc jakby szkielet embrionalnego statku. Schyliłam się, żeby się lepiej przyjrzeć. Niezadowolone muchy głośno bzyczały, a ich niebiesko-zielone ciała mieniły się w słońcu. Gdy odgarnęłam przysłaniające żebra szczątki roślin, okazało się, że spajał je fragment kręgosłupa.
Wzięłam głęboki oddech, założyłam lateksowe rękawiczki i zaczęłam rękoma zdejmować martwe liście i wyschnięte igły. Kiedy odsłoniłam kręgosłup, w świetle słońca zauważyłam kłębowisko wystraszonych żuków, które zaczęły odlatywać. Robaki wyswobadzały się ze zbitej masy i w pośpiechu, jeden po drugim, znikały pod kręgami.
Ignorując insekty, cały czas usuwałam przykrywające ciało warstwy. Pracując ostrożnie, powoli oczyściłam przestrzeń mniej więcej metra kwadratowego. Już po niecałych dziesięciu minutach zobaczyłam to, co odkryli Gil i jego kolega. Odgarniając włosy z twarzy odzianą w rękawiczkę dłonią, odchyliłam się do tylu i patrzyłam na wyłaniający się obraz.
