
Czekałam, by rozwinął.
– Wie pani, taki jak wtedy, kiedy jakieś zwierzę gdzieś wpełznie i umrze… – Kiedy to mówił, wzdrygnął się nieznacznie, po czym spojrzał na mnie, oczekując przytaknięcia.
Wiedziałam aż za dobrze. Z odorem śmierci jestem za pan brat. Ponownie pokiwałam głową.
– Tak właśnie myślałem. Że jakiś pies albo szop zdechł. Więc zacząłem grzebać grabiami w gęstwinie w miejscu, gdzie zapach był naprawdę silny. I rzeczywiście, znalazłem trochę kości. – Kolejne wzdrygnięcie.
– Aha. – Zaczynałam czuć się nieswojo. Stare groby nie śmierdzą.
– Więc przywołałem do siebie Gila… – Spojrzał na starszego człowieka, oczekując potwierdzenia. Gil wpatrywał się w ziemię. – I obaj zaczęliśmy przekopywać liście i w ogóle. To, co znaleźliśmy, zupełnie mi nie wygląda na szopa czy królika… – Kiedy to powiedział, splótł ręce na piersiach, spuścił brodę i zaczął kołysać się na piętach.
– A to dlaczego?
– Kości są za duże. – Zwinął język w rurkę, po czym wepchnął go w jedno z miejsc po zębach. Koniuszek języka pojawiał się i znikał między jego zębami, jak robak szukający światła dziennego.
– Coś jeszcze?
– A niby co? – Robak się schował.
– Znalazł pan coś obok kości?
– Tak. I tu właśnie coś nie gra. – Wyciągnął ręce, pokazując nimi rozmiary. – To wszystko było w dużym, plastikowym worku i… – Wzdrygnął się, ustawił ręce dłońmi do góry i nie dokończył zdania.
– I? – Czułam się coraz bardziej nieswojo.
– Une uentouse. – Rzucił to szybko, będąc jednocześnie skrępowanym i podnieconym.
Gil musiał być duchem ze mną, jego obawy na pewno dorównywały moim. Oderwał wzrok od ziemi i nerwowo wodził oczami wokół.
– Co? – spytałam, myśląc, że może źle zrozumiałam to słowo.
– Une ventouse. Przetykaczka. Taka do łazienki. – Pokazał, jak jej się używa. Pochylony do przodu, chwycił rękoma za niewidoczny uchwyt i poruszał rękoma w górę i w dół. Ta makabryczna scenka była tak nie na miejscu, że aż wstrząsająca.
