
Jego kolega był dużo postawniejszym mężczyzną z ogorzałą twarzą i włosami spiętymi w długą, gładką kitkę. Uśmiechnął się, kiedy byłam już blisko, ukazując miejsca, gdzie kiedyś były zęby. Podejrzewałam, że on będzie bardziej rozmownym z tej dwójki.
– Bonjour. Comment ca va? – Zaczęłam od francuskiego odpowiednika “Dzień dobry. Jak leci?"
– Bien. Bien. – Jednoczesne kiwnięcie głów. Dobrze. Dobrze.
Przedstawiłam się i spytałam, czy to oni zameldowali, że znaleźli kości. Kolejne kiwnięcia.
– Niech mi panowie powiedzą o tym coś więcej. – Mówiąc to, wyciągnęłam z plecaczka notatnik, otworzyłam go i włączyłam długopis. Uśmiechnęłam się zachęcająco.
Człowiek z kitką mówił chętnie i szybko, jak dzieci wypuszczone na długą przerwę. Był podniecony całym zdarzeniem. Mówił po francusku z bardzo silnym akcentem – słowa zlewały się i nie wymawiał końcówek – tak, jak to robią mieszkańcy Quebecu mieszkający w górze rzeki. Musiałam uważnie go słuchać.
– Obcinaliśmy gałęzie, to jeden z naszych obowiązków. – Wskazał na znajdujące się nad naszymi głowami linie wysokiego napięcia, po czym powiódł wzrokiem po ziemi. – Musimy dbać o to, żeby nic nie haczyło o linie.
Pokiwałam głową.
– Kiedy wszedłem do tego wykopu tam – odwrócił się i wskazał w stronę pasa drzew ciągnących się wzdłuż budynków – poczułem jakiś dziwny zapach. – Przerwał, nie odrywając oczu od drzew. Cały czas miał wyciągniętą rękę, a jego palec wskazujący przecinał powietrze.
– Dziwny?
Odwrócił się.
– Hm, nie taki mocno dziwny… – Przerwał i zaczął przygryzać dolną wargę, kiedy w swoim słowniku mentalnym szukał odpowiedniego słowa. – Zapach śmierci – powiedział. – Rozumie pani?
