– Szczególnie, że zakochanie powinno ci wyjść nieźle – zauważyła Małgosia niemiłosiernie. – I nikomu nie zaszkodzi, jak on uwierzy. Na szczęście nie masz ogrodu, który mógłby ci urządzać podeschniętymi choinkami.

– Ale on może mieć żonę – zauważył ostrzegawczo Witek. – Ktoś coś o tym wie?

Niestety, stan cywilny ogrodnika hochsztaplera ni-komu z nas nie był znany. Byłam pewna, że ma żonę, tacy jak on miewają żony i lekceważą je skandalicznie, rozwodzą się i żenią ponownie pod naciskiem zauroczonych bab, z których każda tego adonisa botanicznego chce mieć dla siebie. Żona nie miała znaczenia, mógł się akurat rozwodzić.

– Co do żony, nic nie wiem, ale to drobiazg, najwyżej baba uwierzy Julicie i później zrobi mu piekło. Za to mam adres, zostawił mi wizytówkę z telefonami, służbowy i prywatny, poczekajcie, zaraz znajdę…

Ku własnemu zdumieniu znalazłam wizytówkę w notesie pod właściwą literą, O jak ogrodnik. Był na niej nawet adres. Przez ten czas pozostałe osoby uzgodniły między sobą, jaki przedmiot Julita powinna uznać za jego własność i koniecznie mu zwrócić.

– Macie źle w głowie? – spytałam z oburzeniem, – wróciwszy z pracowni. – Mało, że mnie wydoił, mami mu jeszcze poświęcać takie doskonałe okulary od słońca? Dla siebie kupiłam!

– Nie martw się, powie, że nie jego i nie weźmie – uspokoiła mnie Małgosia.

– Akurat, nie weźmie! Wszystko weźmie!

– To niech ona nie daje mu do ręki, tylko pokaże z daleka – poradził Witek. – Niech udaje, że ich szuka w torbie i przez ten czas niech się rozgląda…

Julita wyglądała na osobę, która przeceniła własne siły. Byłabym ją wspomogła prezentacją ogrodniczych sukcesów pięknego oszusta, ale w ciemnościach niewiele już było widać, pokazałam jej, zatem tylko rachunki, które wzburzyły ją do głębi. Zmobilizowała się na nowo.



11 из 298