
Gabriela nie popuszczała, twardo wyrywała mu notes z ręki, chwyt miała szponiasty, omal nie wygrała tej walki.
– Moje, mówię! Co pan myśli, ja tu mam wszystko, klientki mam i doktora, i telefony, i w ogóle!
Ja tak bez tego nie zostanę, jak na pustyni! Nie dam!
Komisarz się opamiętał, notesem wprawdzie zawładnął, mężnie zniósł obawę, że podejrzana za chwilę wydrapie mu oczy, ale przypomniał sobie metody pracy zalecane przez Górskiego. Nadmiar wilgoci na babie chytrze zostawił sobie w zapasie, nie tykając! na razie tematu, bo prawie pewność w nim zakwitła, że krew ofiary zmywała. Trysnęło na nią i proszę…
– Zaraz, chwileczkę, proszę pani. Ja to od pani tylko wypożyczam, jutro rano dostanie pani z powrotem…
– Akurat! Już ja wam wierzę… I na co to panu, jaj i przepisy tam mam, co, u kogo robię, a jutro rano zamówiona jestem!
– Jutro rano będzie pani załatwiała formalności pogrzebowe – przypomniał Wólnicki bezlitośnie, co okazało się skuteczne. Gabriela Ziarniak jakby sklęsła, ręce jej opadły, a z oczu na nowo popłynęły strumienie.
– Zawiadomić muszę – zamamrotała głucho i rozpaczliwie – jak…? Pan mi chce zabrać wszystkie telefony… Mało, że brata, to jeszcze i robotę u ludzi stracę… A mówili, że z bandziorem to jak z jajkiem, a porządnym człowiekiem poniewierają…
Wólnicki w głębi duszy musiał przyznać jej rację, ponadto znów Górski mu się czknął, ponadto zdołał pomyśleć, że jeśli nawet ma tę babę przyskrzynić to bez żadnego wymuszania przemocą, czyściutko i wersalsko, żeby nikt się nie mógł przyczepić, podniósł się] z krzesła i zajrzał do salonu. Fotograf skończył robotę i właśnie zaczynał się pakować.
Komisarz popukał go w ramię.
