
Co też ona z siebie zmywała…?
Nadrabiając hipotetyczne niedopatrzenie, bacznym wzrokiem obrzucił ofiarę i w rekordowym tempie samemu sobie opowiedział, co widzi. Denat ubrany w pełni, spodnie, koszula, rozluźniony nieco krawat, marynarka typu wdzianko, buty… Zaraz, buty… Wychodził z domu czy właśnie wrócił…?
Spojrzał na zajętego najbliżej technika, palcem wskazując obuwie denata, ale pytania zadawać nie musiał.
– Na moje oko, ledwo zdążył wejść do domu i od razu padł – oznajmił technik. – Na zelówkach jeszcze ślad wilgoci i błoto, wytarł nogi, ale trochę zostało, na ścieżce mokro. Wszystko z kieszeni na biurku leży, o… Chcesz portfel? Już można, Kazik zrobił każdą sztukę. Tak, komisarz chciał portfel. Resztki proszku na nim wskazywały, że został zbadany, można było wziąć go do ręki. Wziął zatem i chciwie wypatroszyli Mirosław Krzewiec, syn Jana i Bożeny, to by się zgadzało z zeznaniem świadka. Adres, w porządku O, wizytówki, firma ogrodnicza „Floretta", bardzo ładnie, prawo jazdy, jakieś rachunki, mnóstwo różnych papierów, zawiadomienie bankowe o stanie konta, numer konta, data… Do bani, zawiadomienie z zeszłego roku opiewa na czterdzieści dwa tysiąc złotych, a cholera go wie, ile ma teraz. Pieniądze fotografia rodzinna, dosyć stara…
Przegarnął resztę chłamu z kieszeni ofiary i zawahał się. Skąd, u diabła, miał wiedzieć, co okaże się ważne? Brakowało teraz czasu na wnikliwą analizę, gdzie mu zresztą było na razie do wnikliwej analizy. W kuchni czekał świadek-podejrzana, chętna do zeznań, chyba głupio potraktowana…
– Wszystko to dajcie razem do oddzielnej torby -zarządził i odwrócił się do fotografa. – Kaziu…
– Już kończę – mruknął fotograf, który wziął takie tempo, jakby był szpiegiem, któremu nad karkiem stoi cały wrogi kontrwywiad. -Janusz, słuchaj… Tu widzę… Słyszę… On Krzewiec, ten nieboszczyk…?
– Krzewiec. A co?
Fotograf mówił z przerwami, bo na każde słowo wypadały mu, co najmniej dwa pstryknięcia.
