
– No, wiesz… Ja jestem z branży… Znam nazwisko… To fotografik?
– Nie. Ogrodnik.
– No coś ty…? No dobra, masz, sam siebie podziwiam – wyprostował się znad stołu. – Sobiesław?
– Nie. Mirosław.
– To nie ten. Ale może ma coś wspólnego. Sobiesław Krzewiec, świetny fotografik, portretów nie robi, więc nie grzmi o nim. Ale co gdzie lepsze, to jego.
Komisarz poczuł, że wali się na niego ciężar straszliwej pracy, wszystko naraz. Chwycił notes świadka, powiadomił fotografa, że będzie wściekle potrzebny, nie powiedział do czego i runął do kuchni. Przed drzwiami przyhamował i wszedł dostojnym krokiem.
Gabriela Ziarniak wciąż siedziała przy stole nad resztkami herbaty w szklance. Wólnicki położył przed nią notes.
– Proszę. Mówiłem, że dostanie pani z powrotem. Teraz porozmawiamy.
– A niby, co innego tu cały czas robimy?
Komisarz nie mógł jej wyznać, że owszem, rozmawiamy, ale potwornie chaotycznie i głupio, i dopiero teraz zaczniemy rozmawiać z sensem. Coś tam zdążył sobie uporządkować w umyśle. Zdążył także odgadnąć, iż rozdeptane pod drzwiami produkty spożywcze są efektem dokonanych przez nią zakupów, ale nie zamierzał jej o tym napomykać, żeby nie zdenerwować świadka dodatkowo i nie nastawiać do siebie nieprzychylnie. Szczególnie, że mgły podejrzeń gęstniały.
– O której godzinie pani tu przyszła? – spytał możliwie łagodnie.
– A bo ja wiem? Na zegarek nie patrzyłam, ale już ciemno było.
– Długo było ciemno?
– No, dosyć długo. Jak kurze udka z piecyka wyjmowałam, to jeszcze dobra szarówka była, a ja dopiero potem wyszłam. Ściemniło się, jak na autobus czekałam, a tu to już całkiem.
– Długo pani czekała na ten autobus?
– Z dziesięć minut albo i więcej. Nawet myślałam, czy mi udka nie wystygną.
– I co się dalej działo?
– Co się działo, co się działo! – sarknęła nagle we wzburzeniu Gabriela i podniosła się gwałtownie od stołu. – Weszłam i zobaczyłam… Jezus Mario! Własnym oczom nie sposób uwierzyć! Suka taka, ścierwo, strzyga zębata, łachudra…! Ja herbaty chcę jeszcze! Panu zrobić…?!
