
– Pani mąż będzie uszczęśliwiony – powiedział poprawną angielszczyzną, choć z silnym obcym akcentem.
– Zanim stracił przytomność, wciąż powtarzał pani imię. Nie miał przy sobie żadnych dokumentów i władzom zajęło trochę czasu, nim ustalono, że pracował dla Heniek Company.
– Chce pan powiedzieć, że Richard nadal nie odzyskał przytomności? – spytała Terri, nie wyprowadzając lekarza z błędu co do formalnego stanu ich związku.
– Nie, nie. Jest przytomny. Mamy nadzieję, że teraz, kiedy pani przyjechała, trochę się uspokoi.
– Proszę mi powiedzieć dokładnie, co mu jest.
– Nic groźnego. Kilka ciętych ran na twarzy, powierzchowne poparzenia dłoni i zwichnięty bark. Najgorzej jest z gardłem. Podejrzewam, że morska woda, której się nałykał, była zanieczyszczona czymś toksycznym i stąd te poparzenia.
– Och, to okropne.
– Niech się pani nie martwi. Wszystko goi się dobrze, choć na razie pani mąż nie może mówić. Ale jeszcze kilka dni i opuchlizna zejdzie, a wtedy opowie nam, co się wydarzyło. Rany na twarzy nie są głębokie, a ponadto na szczęście znajdują się głównie na podbródku i skórze czoła. Nie zostaną więc po nich szpecące blizny. Nie jestem nawet pewien, czy będzie potrzebna operacja plastyczna.
– Mogę go zobaczyć?
– Naturalnie. Tylko proszę nie zapalać górnego światła. Musi dużo wypoczywać.
Terri skinęła głową.
– Siostra Angelica zaprowadzi panią. – Lekarz odwrócił się i powiedział coś po hiszpańsku do pielęgniarki.
Kobieta zaprowadziła Terri do pokoju Richarda.
Na widok owiniętego bandażami mężczyzny, Terri mimowolnie wydała z siebie zduszony okrzyk. Zawstydzona, skinęła siostrze głową i podeszła do łóżka.
Prawe ramię Richarda było unieruchomione, na twarzy miał maskę z tlenem, a w żyłach na obu przedramionach tkwiły wenflony. Terri poczuła ucisk w gardle.
– Richard? – odezwała się cicho. – To ja, Terri. Przyleciałam, jak tylko dowiedziałam się o wypadku.
