
Richard wydał z siebie jakiś niezrozumiały dźwięk.
– Nie próbuj nic mówić. Musisz oszczędzać gardło. Zostanę tak długo, jak długo będziesz mnie potrzebował.
Przysunęła krzesło do łóżka i usiadła.
Richard był silnym, dobrze zbudowanym mężczyzną, a w tych bandażach sprawiał wrażenie jeszcze większego. Jedynym fragmentem jego ciała, którego nie zakrywał opatrunek, było lewe ramię, spalone od słońca.
Richard wydał z siebie kolejny dźwięk i uniósł rękę. Terri widziała, że cierpi. Pochyliła się i lekko dotknęła jego nogi.
– Lekarz mówi, że wszystko będzie dobrze. Rany świetnie się goją i może nawet obejdzie się bez operacji plastycznej.
Poczuła, jak jego noga porusza się pod jej palcami. Najwyraźniej bardzo go bolało.
Nie mieszkali ze sobą już od ponad półtora roku, a to, że zobaczyła go w takim stanie, czyniło ich spotkanie jeszcze trudniejszym. Czuła się tak, jakby rozmawiała z zupełnie obcym człowiekiem.
– Lekarz powiedział, że zanim straciłeś przytomność, powtarzałeś moje imię. Dziwi mnie jednak, że w dokumentach nadal figuruję jako twoja żona. Nie wiem, dlaczego tak zrobiłeś, bo pamiętam, jak bardzo chciałeś tego rozwodu, ale nie żałuję, że przyjechałam. W takiej chwili człowiek nie powinien być sam. Moja rodzina przesyła ci najlepsze życzenia.
Richard ponownie uniósł lewe ramię i dotknął jej ręki. Może w ten sposób chciał podziękować? Nie wiedziała.
– Jak tylko twoja firma mnie odnalazła, wzięłam wolne w pracy i przyleciałam. Ray też życzy ci szybkiego powrotu do zdrowia.
Podczas gdy w myślach szukała odpowiednich słów, serce kurczyło się jej z bólu.
– Nie miałam pojęcia, że podjąłeś pracę w Ameryce Południowej. Sądząc po opaleniźnie, jesteś tu już od dłuższego czasu. Doktor powiedział, że za kilka dni będziesz mógł mówić, wtedy mi powiesz, czego potrzebujesz. Jeśli chcesz, żebym skontaktowała się z twoimi przyjaciółmi albo z jakąś kobietą, zrobię co w mojej mocy.
