Miała na sobie stare dżinsy i sportową koszulę. Jej jasne włosy były ściągnięte w kucyk i przewiązane kolorową wstążką. Przynajmniej wyglądam na kogoś, kim jestem, czyli na osobę ciężko pracującą, a nie jakąś tam ufryzowaną małą kobietkę, pomyślała z przekąsem. Z westchnieniem udała się do swego biura, ale zatrzymała się w progu, zdumiona widokiem najpiękniejszej kobiety, jaką w życiu spotkała.

Nieznajoma była wysoka i smukła, a jej twarz wyróżniała się niesłychaną łagodnością i regularnością rysów. Lśniące włosy miały naturalny odcień miedzi, co szczególnie podkreślało ciemnoniebieską barwę jej oczu. Lee zamrugała gwałtownie powiekami, zastanawiając się intensywnie, dlaczego ta urodziwa twarz wydaje jej się dziwnie znajoma.

– Czy była pani ze mną na dziś umówiona? – spytała zaskoczona. – Z jakiej jest pani agencji, panno…?

– Nie jestem modelką. – Uśmiechnęła się nieznajoma. – Chociaż bardzo chciałabym nią zostać. My się już znamy.

– Ach, oczywiście. Nie poznałam cię w pierwszej chwili. Zresztą, wtedy było ciemno i padał deszcz…

– A poza tym, była pani zajęta kłótnią z moim tatą – podsunęła Phoebe, chichocząc.

– Naprawdę masz tylko piętnaście lat? – zapytała Lee. Dziewczyna miała dyskretny makijaż, zrobiony wprawną ręką i z łatwością mogłaby uchodzić za dwudziestolatkę.

– Za parę miesięcy skończę szesnaście. Naprawdę bardzo chciałam panią poznać, pani Meredith. Sonya wiele mi o pani opowiadała.

– A mnie mówiła, że interesujesz się modą. – Uśmiechnęła się Lee.

Nie dało się nie zauważyć, iż Phoebe Raife obdarzona była doskonałym gustem. W tej chwili miała na sobie luźną sukienkę z białej bawełny, wokół szyi zaś zamotała jedwabną apaszkę, która świetnie korespondowała z kolorem jej oczu.

– Obawiam się, że mam jeszcze ze trzy godziny pracy – westchnęła Lee. – Chyba lepiej będzie, jak pójdziesz na razie do domu i wrócisz tu później.



14 из 119