
– A nie moglibyśmy usiąść gdzieś w kąciku i przyglądać się pani pracy? – poprosiła Phoebe’a.
– Już sobie wyobrażam, co by na to powiedział twój ojciec – zachichotała Lee.
– Naprawdę? A co takiego by powiedział? – usłyszała za plecami głęboki męski głos. ‘
Odwróciwszy się na pięcie, ujrzała wesoło uśmiechniętego właściciela owego głosu. Jego pogodny wyraz twarzy sprawił, iż z trudem rozpoznała w nim owego nieuprzejmego kierowcę.
Nie bardzo przypominał również mężczyznę z fotografii na okładce książki. Na jego twarzy wypisana była siła, charakter i radość życia, których brakowało na mocno retuszowanym zdjęciu. Zdecydowana linia dość pełnych ust, silnie zarysowana, wystająca broda, zdradzająca upór jej właściciela, oraz ciemnoniebieskie oczy, które jak dwa magnesy przyciągały wzrok Lee – to wszystko sprawiało, iż oblicze Daniela Raife’a było fascynujące.
– Och, zapewne rzuciłby jakieś ciekawe spostrzeżenie na temat ufryzowanych małych kobietek, którym tylko fatałaszki w głowie – odparowała Lee, próbując pokryć tym swoje zmieszanie.
– Na pewno nigdy nic takiego nie powiedziałem – zaprzeczył, rumieniąc się lekko. – Zmyśliła pani to sobie.
– Wtedy, kiedy rozmyślałam o niebieskich migdałach, tak? – nie dawała za wygraną.
– Pani Meredith, zdaję się na pani miłosierdzie. Kiedy moja córka przeczytała pani wizytówkę i dowiedziała się, kogo właśnie obraziłem, zapowiedziała, że srogo mnie ukarze, jeśli wszystkiego nie naprawię. Jeżeli mi pani nie wybaczy, moje rodzone dziecko przestanie się do mnie odzywać.
– To wszystko prawda – potwierdziła Phoebe ze śmiechem.
– To ja powiedziałam tej pani w wydawnictwie, że chcemy, by to właśnie pani zrobiła tacie zdjęcie.
– W dodatku uparła się, żebyśmy przyszli dziś wcześnie i przyglądali się pani pracy – dorzucił jej ojciec. – Oczywiście ostrzegałem ją, że pewnie natychmiast nas pani wyprosi, ale…
