
Nareszcie, jest brama. No tak, strażnik zatrzymał ją. Wyciągnęła przed siebie tobołek i wymamrotała:
– Jeszcze jeden zmarły. Chcę go tylko…
Strażnik cofnął się, więcej na nią nie patrząc.
Teraz widziała przed sobą las. Wierzchołki świerków rysowały się ostro na tle rozjaśnionego ogniem nieba. Księżyc oświetlał drogę, tak że nietrudno było ją znaleźć. Gdyby tylko nie była tak zmęczona! Chwilami czuła, że lepka wilgoć moczy ręcznik, który sobie podłożyła, by zatamować krwawienie.
Urodziła na strychu nad stajnią. Mocno zaciskała zęby na drewnianym klocku, aby powstrzymać krzyk. Potem, przez długie, straszne minuty leżała wycieńczona, aż w końcu stanęła na drżących nogach i nie patrząc na maleństwo, zawinęła je. Nie podwiązała pępowiny, nie zatroszczyła się o dziecko, nie chciała mieć z nim nic wspólnego. Ciche, żałosne kwilenie noworodka przytłumiła skrawkiem płótna.
Żyło jeszcze. Od czasu do czasu czuła jego słabiutkie ruchy. Dobrze, że nie zapłakało przy miejskiej bramie! Była przekonana, że na strychu usunęła wszystkie ślady. Gdyby jeszcze tylko udało się jej pozbyć tego wstydliwego ciężaru i niepostrzeżenie wrócić do pałacu. Byłaby wolna, wolna! Nareszcie!
Weszła już dostatecznie głęboko w las. Tam, pod tym dużym świerkiem, daleko od ścieżki… Drżały jej ręce, gdy kładła tłumoczek na zamarzniętej, gołej ziemi. Powstrzymując gwałtowny płacz owinęła ostrożnie maleńką istotkę w skrawek wełnianej materii i szal, a przy buzi postawiła kubek z mlekiem. Tak naprawdę zdawała sobie sprawę, że dziecko nigdy nie dosięgnie pokarmu, ale odpędziła od siebie tę myśl. Zatrzymała się na chwilę z nieoczekiwanym uczuciem bezgranicznej tęsknoty i zwątpienia. Potem na sztywnych nogach powlokła się znów w kierunku miasta.
Silje błąkała się dalej, wdzięczna księżycowi za delikatne światło, które rzucał na ulicę. Dzięki niemu widziała, gdzie idzie, unikała wystających wykuszy i innych dziwnych dobudówek. Szła jakby we śnie, mechanicznie posuwając się krok za krokiem. Gdyby nie była taka otępiała, poczułaby zimno, głód i zmęczenie, uświadomiłaby sobie całą beznadziejność sytuacji.
