Przerywając Dermodowi niecierpliwym ruchem ręki, powiedział: — Mówi pan, że ta wojna będzie inna, że cała kampania nie zamieni się jak zwykle w bezładną i haniebną bieganinę, w śmieszną farsę odgrywaną ku uciesze Strażników! Wciąż pan to powtarza. Ale skąd pan wie? I w ogóle kim pan jest? — Tu porucznik urwał, a jego mętny od alkoholu wzrok stał się nagle jasny i bystry. Powiedział: — Gdzieś już pana widziałem, i to niedawno. Ależ tak! Pan… pan jest tym majorem, który zemdlał na widok pełzaczy!

Dermod zesztywniał. Źle się stało, bardzo, bardzo źle. Porucznikowi można z pewnością wiele zarzucić, ale nie brak inteligencji czy spostrzegawczości. Jego głos stawał się coraz donioślejszy, a historyjka o majorze, który najpierw zemdlał, a potem chodził w cywilnym ubraniu dodawać ducha żołnierzom, na pewno szybko się rozejdzie…

Najmniejsze podejrzenie nie może zdradzić istnienia Wielkiego Planu, dopóki wojna się nie zacznie. Wszystko od tego zależało. Porucznikowi trzeba za wszelką cenę zamknąć usta.

— Pan jest rzeczywiście najodpowiedniejszą osobą — ciągnął tamten szyderczo — żeby wypowiadać się o…

— Milczeć!

Dermod przemówił spokojnie, ale w jego głosie niespodziewanie zadźwięczała władcza nuta.

— Niech pan posłucha i siedzi cicho!

Narażał się na spore ryzyko, ale nic innego mu nie pozostawało. Będzie musiał co nieco wyjawić, chcąc zapewnić sobie jego milczenie, ot, tylko tyle, żeby porucznik nie paplał na prawo i lewo o rzeczach na pozór nieistotnych, które jednak, gdy dotrą do niewłaściwych uszu, mogą zdradzić cały Plan. Powiedział krótko:

— Zemdlałem albo raczej udałem, że mdleję, rozmyślnie. Chyba pan rozumie, co się za tym kryje… jeżeli nie jest pan oczywiście zbyt pijany. I zdaje pan sobie sprawę, że nasza rozmowa musi pozostać w ścisłej tajemnicy, bo gdyby Strażnicy zaczęli się domyślać, co zrobiłem…



10 из 59