Celowo nie dokończył zdania.

Ale porucznik nie był zbyt pijany. Zdumienie i złość wobec nagłego ostrego tonu Dermoda ustąpiły przebłyskowi zrozumienia.

— Udał pan zemdlenie specjalnie, żeby zostać wybranym do walki! — skonstatował z przejęciem i natychmiast z pierwszego słusznego wniosku wyciągnął drugi, niesłuszny. — Sądząc z pana słów i pewności siebie inni musieli zrobić to samo!

— Zgadł pan — powiedział Dermod szybko. — Lecz proszę to zachować do własnej wiadomości. Jeszcze kieliszek?

Porucznik wstał i wyprostował się, dumny i poważny. Odparł:

— Nie, dziękuję. Mogłoby mi to dzisiaj zbyt rozwiązać język, a rano miałbym ciężką głowę. Od jutra… — oczy mu lśniły i wyglądał, jakby słuchał odległych dźwięków fanfar — od jutra muszę być w szczytowej formie. Chyba pójdę już do domu. Dobranoc, panie majorze.

Ręka drgnęła mu spazmatycznie, gotowa zasalutować, lecz w porę przypomniał sobie, że Dermod jest w cywilu, odwrócił się i wymaszerował.

Podnosząc się i wychodząc za nim Dermod miał przyjemne uczucie dobrze spełnionego obowiązku. Pozwolił porucznikowi myśleć, że po stronie Ziemian są jeszcze inni tacy jak on, ale to nieporozumienie mogło jedynie wpłynąć dodatnio na jego morale, więc go nie prostował. W każdym razie udało mu się przekształcić jednego przerażonego mężczyznę w mundurze, w gotowego na wszystko i pełnego entuzjazmu żołnierza.

Jednakże kiedy wyszedł z baru, dobry humor go opuścił. Może sprawił to widok Strażnika, kroczącego niczym ciemnozielony upiór poprzez hałaśliwy, podniecony tłum, a może widok tylu Galaktyków na ulicach. Galaktycy pochodzenia ziemskiego, których oficjalnie określano mianem Obywateli Galaktyki, często odwiedzali strony zamieszkane przez swoich ubogich krewnych, uważając ich za romantycznych zawadiaków, którzy prowadzą niebezpieczne i barwne życie.



11 из 59