Świadomość, że olbrzymia większość ziemskiej populacji składa się z tych bezwolnych i zdegenerowanych intelektualistów, napawała Dermoda wstydem i obrzydzeniem, tym większym, iż sam się niegdyś do nich zaliczał. Lecz główną przyczyną jego nagłego przygnębienia stało się rosnące przekonanie, że jest tylko małym, nic nie znaczącym pionkiem, starającym się ruszyć z posad bryłę, która jest nie do ruszenia.

Musiał sobie wciąż powtarzać, że bryła jest nie tyle nie do ruszenia, ile bardzo, bardzo duża, ale za to tak delikatnie zbalansowana, że nawet niewielka siła, odpowiednio przyłożona, wysadzi ją z posad.

Nie tylko na Ziemi, lecz praktycznie na wszystkich innych planetach Unii Galaktycznej układ był w zasadzie taki sam. Na samym dole skali społecznej znajdowali się malkontenci, którzy z reguły nie byli ani zbyt etyczni, ani wykształceni i zamieszkiwali kolonie różnej wielkości, od dużego miasta do pasa terytorium zajmującego pokaźną część kontynentu. Koloniści byli niezmiernie, prawie fanatycznie dumni ze swojej chlubnej przeszłości. Wierzyli, że tylko oni kultywują do dziś przedsiębiorczość, idealizm i niezłomność charakteru, które cechowały ich przodków, i uważali się za jedynych prawdziwych reprezentantów swojej rasy.

Niemniej w przypadku Ziemi, która niczym się tu od innych planet nie różniła, ponad dziewięćdziesiąt pięć procent ludności stanowili Obywatele Galaktyki. A ci, oprócz niewielkiej liczby naukowców i lekarzy, wykonujących niewątpliwie użyteczną pracę, tworzyli w istocie zastępy nieproduktywnych, rozmiłowanych w przyjemnościach życia estetów, którym było wszystko jedno, co się dzieje i kto rządzi Galaktyką. Toteż Galaktyków tu na Ziemi i tych zamieszkujących inne planety Unii mógł nie brać pod uwagę jako realnej siły, wystarczy rozprawić się ze Strażą.

Dermod uśmiechnął się z goryczą: Wystarczy rozprawić się ze Strażą!



12 из 59