Gotując się ze złości Dermod opuścił budynek, w którym każde spojrzenie skierowane na jego mundur wyrażało pogardę, lekceważenie lub szyderstwo. Miał po dziurki w nosie okazywania uległości tym zjadliwym i ironicznym tyranom w zielonych mundurach Straży; zawsze budziło to w nim upokorzenie, wściekłość i frustrację, a już ostatnia rozmowa była najgorsza ze wszystkiego. Od spoliczkowania którejś z tych nienawistnych twarzy — bardzo nierozważny gest w każdym wypadku powstrzymywała go jedynie myśl, że dni poddaństwa są już policzone.

Dziś po południu udał mu się pierwszy krok śmiałego i dalekosiężnego planu: major Jonathan Dermod został wybrany do walki. Następny krok może okazać się trudniejszy, bo ten sam major Dermod musi jeszcze wojnę wygrać. Ale trzeci i ostatni krok będzie najprostszy: lawina, gdy raz ruszy, już się nie zatrzyma…

Wokół potężne helikoptery Straży siadały na lądowiskach niczym wielkie rozzłoszczone owady. Inne, stojące już na ziemi, wypluwały z siebie długie płaskie skrzynie z bronią, które personel naziemny sprawdzał i nosił pod czujnym, zimnym wzrokiem Strażników trzymających listy przewozowe. Dermod zaklął pod nosem z bezsilnej wściekłości. Przy rozładunku zatrudniono naturalnie tych mężczyzn, którzy nie zostali wybrani do walki i na nich spadał cały trud przygotowania w ciągu trzech tygodni Siedemnastej Ziemskiej Ekspedycji Zbrojnej, podczas gdy ci, którzy mieli walczyć, dostali urlop do chwili wejścia na pokład. To stanowiło doskonałą ilustrację pozornej dobroczynności, pod której płaszczykiem Strażnicy robili swoją brudną robotę.

Słusznie i sprawiedliwie byłoby złożyć ciężar przygotowań na barki mężczyzn jadących na wojnę zamiast dawać im trzy tygodnie wolnego na zamartwianie się tym, co ich czeka.


To nie to, co w dawnych czasach, pomyślał Dermod, i po raz któryś z rzędu pochwycił go dławiący żal. Spróbował sobie wyobrazić, że ryk helikopterów transportowych to grzmot tysięcy ciężkich bombowców zaciemniających niebo, pocięte białymi smugami artylerii przeciwlotniczej, lub groźny huk ognia zaporowego. Poniosła go fantazja i cofnął się myślą do tej odległej, na wpół legendarnej przeszłości, kiedy życie było bujne, burzliwe i ekscytujące.



4 из 59