
Strumienie powietrza wyły w szczelinach osłony kabiny rozbitej pociskami strzelca tylnego wrogiego samolotu, a zalane olejem gogle utrudniały obserwację przyrządów jego małego myśliwca. Ale miał pod kciukiem duży czerwony przycisk na drążku sterowym i liczył się tylko rosnący obraz bombowca w celowniku, jakby trzymało go tam na uwięzi osiem białych linii pocisków smugowych. Ogień jego działek bombardował, szarpał, rozrywał kadłub nieprzyjaciela. Odpadły stateczniki, rozdarte na strzępy, i nagły, oślepiający, pomarańczowy blask ognia przy jednoczesnym wybuchu paliwa i ładunku bomb oznajmił koniec bombowca. Maleńki myśliwiec zakołysał się i zadygotał gwałtownie, wleciawszy w obręb rozszerzającej się eksplozji; Dermod, miotany na wszystkie strony, przywarł do fotela w zatłoczonym wnętrzu czołgu i poprzez hałas, kurz i swąd gorącego oleju wykrzykiwał rozkazy swojej załodze. Fontanny żwiru i kamieni wznosiły się w niebo wokół jego pancernego rumaka, odłamki skał i szrapnele nie imały się opancerzonych boków, a seria z pikującego samolotu rozdarła ziemię parę jardów od jego miażdżących grunt, metalowych gąsienic. Działko Dermoda waliło teraz nieprzerwaną, serią w kadłub samolotu i cały wszechświat zdawał się składać z grzmotu piorunów i kłębów gryzącego sinego dymu. Teraz Dermod przechadzał się po mostku ciężkiego krążownika grzmiącego salwami ze wszystkich burt i patrzył z dumą na najpiękniejszy z możliwych widoków: na ogromną, niezwyciężoną flotę, zmierzającą na spotkanie z wrogiem…
Tamte wojny, pomyślał Dermod z nostalgią, wracając niechętnie do chwili obecnej, to było coś.
