
Gdy znalazł się z powrotem w kwaterze, próbował się zdrzemnąć, ale bezskutecznie. Czuł przemożną potrzebę ponownego omówienia planów z generałem, a zwłaszcza Wielkiego Planu. Najbardziej jednak brakowało mu przyjaznej dłoni na ramieniu i spokojnego, rzeczowego głosu, który raz jeszcze zapewniłby go, że to, co zamierza zrobić, zaowocuje prawdziwym dobrem dla ogromnej większości istot obdarzonych inteligencją. Niestety, generał, który miał wielki dar przekonywania, był w tej chwili na Kelgii, wybierając do walki najgorsze z możliwych egzemplarze gąsienic, i nie spodziewano się go na Ziemi wcześniej niż za tydzień.
Podjąwszy nagłą decyzję, Dermod zmienił mundur na cywilny kombinezon: utopi wątpliwości i niepewność w pracy. Zdawał sobie dobrze sprawę, że pośród ubogiej, nieraz błądzącej, ale przywiązanej do tradycji mniejszości, z której składała się najniższa warstwa społeczna współczesnej ziemskiej cywilizacji, był kimś wyjątkowym, gdyż posiadał znajomość taktyki i strategii wojskowej zastrzeżoną normalnie dla studiujących Galaktyków. Co więcej, zdawał też sobie sprawę, że sposób w jaki rozegra się ta wojna, będzie zależeć od morale jego żołnierzy, a znając Straż wiedział, że sam musi dopilnować, aby to morale zostało jak najmniej nadszarpnięte do chwili wyjazdu. A potem… cóż, miał parę pomysłów na potem, ale na razie wolał je zatrzymać dla siebie.
Wyszedł z obozu i pojechał do oddalonego o parę mil miasta. Zmierzchało i na ulicach roiło się od cywili, żądnych sensacji Galaktyków i sporych gromadek żołnierzy, których szerokie białe pasy obwieszczały fakt, że wezmą udział w nadchodzącej wojnie. Gdzie rzucić okiem, tam u boku każdego munduru szła przynajmniej jedna wpatrzona weń z podziwem przedstawicielka płci żeńskiej, tu więc na razie nie było niebezpieczeństwa obniżenia morale. Dermod zaparkował i skierował się do najbliższego baru.
Nalewając sobie drinka z konsoli z napojami zauważył od razu kilkunastu żołnierzy, w większości pośrodku głośnych ożywionych grupek. Ale przy sąsiednim stoliku siedział markotny porucznik, słuchający z uwagą słów cywila o potężnej tuszy i potężnym basie, który stawiał mu kieliszek za kieliszkiem. Dermod sam został mimowolnym słuchaczem.
